Streszczenie rozdziału 1
Od niepamiętnych czasów usiłujemy odpowiedzieć na pytania dotyczące własnej egzystencji, w szczególności na pytania o naszą przeszłość (Skąd idziemy?), teraźniejszość (Kim jesteśmy?) oraz przyszłość (Dokąd zmierzamy?). „Aby zyskać odpowiednią perspektywę na to, gdzie dziś jesteśmy, i by mieć nadzieję na zrozumienie, dokąd zmierzamy, trzeba wiedzieć, skąd przychodzimy” – jak trafnie zauważył Leonard Mlodinow. W tym i w dwu kolejnych rozdziałach będziemy starali się udzielić odpowiedzi najpierw na pierwsze z pytań.
Wszelki rozwój zaczął się o Godzinie Zero-Zero, rozpoczynającej Wielki Wybuch. Wówczas ukształtowały się również, jak można przypuszczać, warunki wszelkiego, a więc i naszego rozwoju. To, kim dzisiaj jesteśmy, stanowi telegraficzny skrót owych 13,8 miliardów lat, a zwłaszcza ostatnich 4 miliardów, kiedy na Ziemi pojawiło się życie. Mówiąc nie tylko metaforycznie, żyją w nas wszyscy nasi biologiczni antenaci, począwszy od istot jednokomórkowych i bezmózgowych, my zaś – podobnie jak wszystkie istniejące gatunki biologiczne na świecie – jesteśmy ich spadkobiercami i współczesnymi przedstawicielami. Rzecz jasna im bliższy nam przodek, tym więcej w nas z niego, na przykład więcej w nas z australopiteka niż ze ssaka z epoki górnej kredy.
Przyroda lubuje się w powtarzalności. Wskutek emergencji chemiczna powtarzalność przyrody nieożywionej przekształca się w biologiczną powtarzalność przyrody ożywionej – w polimery naturalne (RNA, DNA, białka, polisacharydy, polipeptydy itp.), które stanowią podstawę życia. Różne są hipotezy jego narodzin, lecz najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza świata RNA, która głosi, że pierwotne RNA (proto-RNA) pełniło funkcję enzymów (jak późniejsze białka), a ponadto było nośnikiem informacji genetycznej (jak później DNA). Szczególnie interesująca jest ta hipoteza w wersji Jacka Błażewicza i jego zespołu zakładająca, że były dwa rodzaje (dwa warianty?) RNA: jedno aktywne, samoreplikujące się, i drugie pasywne, kodujące informację genetyczną. Natomiast proto-RNA mogło powstać wskutek emergencji z wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA), które zapewne się pojawiły w tzw. kominach hydrotermalnych lub innych przejawach wulkaniczności.
Życie mogło się ukształtować dzięki wielokrotnej emergencji: emergencji bytów abiotycznych (abiontów) współtworzących byt-system prebiotyczny (prebiont), później zaś emergencji prebiontów współtworzących byt-system protobiotyczny (protobiont) i kolejnej emergencji niby-biologicznych protobiotów współtworzących byt-system już w pełni biotyczny (prokariont).
Prekursor życia sprzed mniej więcej 4 miliardów lat zwany protobiontem składał się przypuszczalnie z kwasów fosforowych, prostych aminokwasów i być może innych polimerów zamkniętych w błonie protolipidowej (przedlipidowej). Z czasem dzięki metabolizmowi, reprodukcyjności i wzrostowi przekształcił się, za sprawą emergencji, w pierwszy organizm prokariotyczny, wówczas protoplastę bakterii, następnie zaś we właściwą bakterię. Był to niezmiernie powolny proces, trwający zapewne dziesiątki milionów lat, co stanowiło pokaźny procent z trwającego 2 miliardy lat jedynowładztwa prokariontów na naszej planecie. Ale nie był to czas zmarnowany – bakterie przygotowywały bowiem grunt pod przyszłe życie organizmów bardziej złożonych. Z połączenia kilku prokariontów, na poziomie emergencji nieodwracalnej, zrodził się pierwszy eukariont, czyli znacznie większy organizm wyposażony w jądro komórkowe i organelle, będące uprzednio samodzielnymi bakteriami (teoria endosymbiozy Lynn Margulis). Jednokomórkowe eukarionty łączyły się w kolonie biofilmowe, które z czasem – rzecz jasna nie wszystkie – przekształciły się w organizmy wielokomórkowe. Od tej pory ewolucja przyspieszyła. Przed 800–760 milionami lat pojawiają się zwierzęta (Animalia), organizmy o budowie symetrycznej, odżywiające się prawie wyłącznie organicznym pokarmem, oddychające tlenem, poruszające się samodzielnie i rozmnażające się płciowo. Linia zwierzęca, która doprowadzi później do Homo sapiens, wiedzie kolejno przez strunowce (od 540 mln lat), kręgowce (od 530 mln lat), czworonogi (od 400 mln lat) i synapsydy (czyli owodniowce, zwane dawniej gadami ssakokształtnymi, sprzed 300 mln lat). Około 225 milionów lat temu z tych ostatnich wyewoluowały pierwsze ssaki, niewielkie zwierzątka, które wykorzystały szansę gwałtownego rozwoju po zniknięciu dinozaurów. Jest to gromada zwierząt przypominająca w pewnym sensie bakterie, żyje ona bowiem „wszędzie” – na lądzie i w wodzie, pod ziemią i w powietrzu, osiągając dzisiaj rozmiary od 3 centymetrów (świnionos malutki) do ponad 30 metrów (płetwal błękitny). U ssaków pojawia się mózgowa nowość – sześciowarstwowa kora nowa (neocortex, inaczej isocortex), która później zdominuje mózg u naczelnych, w szczególności u człowieka.
Dzięki nadrzewnemu trybowi życia naczelnych wyostrzył się ich wzrok, co sprzyjało zainteresowaniu się szerszym środowiskiem niż dotychczasowe (w którego percepcji dominował węch), a pośrednio rozwojowi inteligencji praktycznej. Przed 40 milionami lat pojawiają się małpy właściwe (Simiiformes), a mniej więcej 20 milionów lat temu – wąskonose małpy człekokształtne (Hominoidea), które dały początek wymarłym oraz dzisiejszym gatunkom gibonów, orangutanów, goryli, szympansów i oczywiście ludzi. Ów „ekskluzywny klub antenatów człowieka” opuszczają najpierw gibony i orangutany, potem goryle, a dopiero na sam koniec szympansy, nasi najbliżsi krewni w świecie zwierząt. Bliżej końca tej drogi zjawiają się wymarłe już gatunki wyższych naczelnych: ardipiteki (5,8–4,4 mln lat temu) i australopiteki (4,2–1,75 mln lat temu). Australopitek potrafił już chodzić na dwóch tylnych kończynach w pozycji wyprostowanej, mimo że nadal zwyczajem przodków spędzał sporo czasu na drzewie. Prawdopodobnie to on jest ogniwem łączącym świat zwierzęcy ze światem ludzkim, jak się bowiem przypuszcza, z jednej jego późniejszych gałęzi wyłonił się rodzaj Homo. Za pierwszego człowieka uważa się Homo habilis (‘człowiek zręczny, przedsiębiorczy’), który pojawił się przed 2,7–2,5 milionami lat. Ten już nie tylko poruszał się na dwóch nogach, ale i pokonywał coraz to dłuższe dystanse, uzbrojony w narzędzia z kamienia, a być może także z drewna i kości. Przypuszczalnie potrafił korzystać z ognia ze wznieconych podczas burz pożarów i nosząc odzienie ze skór, zatracał stopniowo owłosienie. Mimo to posiadał jeszcze wiele małpich cech. Dopiero co do jego następcy, Homo erectus (‘człowiek wyprostowany’), nie ma wątpliwości, że był „stuprocentowym” człowiekiem – wyglądem, poruszaniem się i posturą przypominającym współczesnego. Pojawił się przed 2 milionami lat, a zniknął 200–100 tysięcy lat temu. Pewne rewolucje w jego życiu (udomowienie ognia, prawdopodobne używanie odzieży skórzanej, wytwarzanie narzędzi, zmiana sposobu przygotowywania posiłków i odżywiania itp.) pozwoliły mu nie tylko na wyjście z Afryki i zasiedlenie znacznych terenów Eurazji, lecz także na bardziej wszechstronny rozwój, ze społeczno-rodzinnym włącznie. Można wspomnieć jeszcze o innych gatunkach i podgatunkach człowiekowatych, takich jak Homo ergaster, Homo heidelbergensis, Homo antecessor, Homo florensiensis czy neandertalczyk (Homo neanderthalensis). Gdy pojawił się nasz gatunek Homo sapiens (przed 300 tysiącami lat), nadal żył neandertalczyk, niekiedy więc oba gatunki się krzyżowały.
Kiedy Homo sapiens oddzielił się od swoich przodków, z pewnością używał już narzędzi z różnych materiałów, m.in. z kamienia, kości, drewna i elastycznych części roślinnych (wikliny, liany, korzenie), ale tylko te kamienne (i częściowo z kości, w tym z rogów), ze względu na ponadwiekową trwałość, zachowały się do naszych czasów. Dlatego trzy pierwsze epoki stosowania narzędzi wzięły swe nazwy od kamienia (grec. lithos) – paleolit (starsza epoka kamienia, tzw. łupanego: tryb łowiecko-koczowniczy z późniejszymi pierwszymi próbami osadnictwa), mezolit (środkowa epoka kamienia: osiadły tryb życia, udomowienie pierwszych zwierząt, początki tkactwa) oraz neolit (młodsza epoka kamienia, zwanego gładzonym: dalsze postępy w osadnictwie i rolnictwie, rozwój garncarstwa, wzbogacenie sztuki kulinarnej o głębokie gotowanie). Kolejne epoki w dziejach rodzącej się cywilizacji to „epoki metalowe”: epoka brązu (od mniej więcej 5,5 tysiąca lat temu), poprzedzona krótką, przejściową epoką kamienno-miedziową zwaną chalkolitem (6 tysięcy lat temu), oraz epoka żelaza (od około 1200 roku p.n.e.), która w pewnym sensie trwa do dzisiaj.
Oto droga ewolucyjna, jaką przeszedł nasz gatunek i wszystkie inne go poprzedzające, które można by określić wspólnym mianem przodków. To również droga licznych emergencji ku coraz to większej złożoności, czyli włączanie się, najczęściej nieświadome, w coraz gęstszą sieć relacji i korelacji, zależności i współzależności. Jesteśmy wielopoziomowym systemem systemów organizujących określone obszary materii (komórki, tkanki, organy) zwanej naszym ciałem. Kto jest tutaj organizatorem? Przypadek zwany mutacją, błędem, koincydencją bądź jakkolwiek inaczej? Powtarzajmy to po wielokroć, że przypadek, choć bez przerwy się zdarza, niczego sam z siebie nie tworzy, nie organizuje ani nie urządza. Czy więc czyni to jakaś siła (moc) z zewnątrz? Na to pytanie można by odpowiedzieć twierdząco, jeśli się przyjmie, że my sami jesteśmy nierozłączną częścią owej mocy, a więc de facto jest ona też w nas i jest nami. Mamy prawo rzec, że mając w sobie tę moc (vel będąc tą mocą), organizatorami naszego życia jesteśmy my sami, my jako ten łańcuch milionów pokoleń, począwszy od prebiontów, protobiontów i „prostych” (choć jest to wyjątkowo nietrafne określenie) organizmów, aż po nasz własny.
Streszczenie rozdziału 2
Nikt rozsądny dzisiaj już nie kwestionuje odzwierzęcego pochodzenia człowieka, a jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że mimo wspólnej przeszłości, wspólnych genów i nierzadko podobnych zachowań coś nas znacząco dzieli od zwierząt. W tym rozdziale zajmujemy się czynnikami, które oddalały naszych przodków od ich najbliższych krewnych, czyli pozostałych hominidów, ale na pytanie, w którym momencie zrodził się człowiek rozumny, odpowiemy sobie nieco później.
Naturalnym środowiskiem naczelnych (Primates), do których my także jesteśmy zaliczani, były konary drzew. To tutaj nastąpiła zmiana przewodnika po postrzegalnym zmysłami świecie – wzrok wysunął się na plan pierwszy i górował nad węchem, dotychczas zmysłem wiodącym. Węch nie miał szans dorównać nowo preferowanemu zmysłowi widzenia z kilku powodów: miał bardziej ograniczony zasięg (gdy tymczasem wzrok sięgał aż po horyzont), nie dostarczał tak aktualnych informacji jak jego „następca” (odczuwane zapachy mogły pochodzić sprzed kilku dni) i nie wskazywał na precyzyjną lokalizację informacji (wiadomo było, z jakiego kierunku dociera, ale nie z którego dokładnie miejsca). To wszystko spowodowało, że przyroda w wypadku wyższych naczelnych postawiła na wzrok, który okazał się bardziej przydatny do przeżycia, odbioru informacji o zewnętrznym świecie i – ostatecznie – do jego poznawania. Początkowo, jeśli się cofniemy daleko wstecz, był to wzrok monochromatyczny (na etapie tylko pręcików: nieodróżnianie barw, słaba ostrość widzenia; później na etapie pręcików i jednego rodzaju czopków: nadal brak zdolności do odróżniania barw, względnie dobra ostrość widzenia), następnie dichromatyczny (pręciki i dwa rodzaje czopków, dzięki którym było możliwe uproszczone rozróżnianie barw), aż wreszcie trichromatyczny (pręciki i trzy rodzaje czopków pozwalające widzieć fale o różnej długości, co przejawiało się jako wzbogacona wielobarwność widzenia). Nadmiar informacji, wykraczający daleko poza trójkąt potrzeb elementarnych PBS (pożywienie, bezpieczeństwo, seks), zaowocował zaciekawieniem światem, a następnie zadziwieniem światem, które z kolei przyczyniły się w późniejszym okresie do rozwoju funkcji poznawczych.
Niedobór pożywienia nadrzewnego, spowodowany zmianami klimatycznymi oraz pożarami lasów zmusił naszych przodków do zejścia z drzewa i szukania żywności poza nim – na ziemi, w ziemi lub w płytkich wodach. Konieczność szybszego jej znalezienia, potrzeba bezpieczeństwa (widzieć więcej, co się wokół dzieje) oraz rozbudzona na drzewie ciekawość świata przyczyniły się do porzucenia postawy czworonożnej na rzecz postawy dwunożnej. Początkowo ardipitek (A. ramidus), nasz domniemany przodek sprzed 4 milionów lat, chodził na dwóch tylnych kończynach a jego chwytna stopa i długie kończyny przednie ułatwiały mu sprawne poruszanie się w koronach drzew. Znaczne postępy w dwunożnym poruszaniu się uczynili jego następcy – australopiteki i parantropy – mimo że nie od razu zrezygnowali z gościny drzew. Dwunożność jako efekt nowego trybu życia była kolejnym kamieniem milowym na drodze do człowieczeństwa. Ten sposób poruszania się oszczędzał aż o 70% energii więcej niż chód na czterech kończynach. Uwolnił przednie kończyny wraz z ich coraz sprawniejszymi rękami, co pozwoliło później naszym przodkom na noszenie przedmiotów i potomstwa, produkcję narzędzi, posługiwanie się bronią, wykorzystywanie ognia, wykonywanie precyzyjniejszych czynności manualnych, a wreszcie na rozwój mózgu. Już na dwóch nogach Homo erectus, a potem jego następcy zaczęli podbijać świat.
Następnym krokiem była utrata owłosienia. Jak to się stało, że w przeciwieństwie do innych hominidów straciliśmy je niemalże na całym ciele? Moim zdaniem przyczyniła się do tego moda wczesnego Homo, która polegała na noszeniu skór – być może znalezionych wraz z padliną lub pochodzących od groźnego zwierzęcia upolowanego przez ówczesnych ludzi. Skóry te mogły przegrzewać organizmy noszących te „modne stroje”, a ponieważ były zagrzybione, powodowały u naszych przodków liczne infekcje, co przyczyniało się do postępującej utraty własnego futra. Przyczyną noszenia skór i akcesoriów zwierzęcych (np. poroża) mogła być chęć wyróżnienia się, podkreślenia swej pozycji w stadzie (jako wojownika, lidera grupy lub szamana) bądź podobania się partnerce czy partnerkom albo pragnienie, by siła pokonanego zwierzęcia wstąpiła w ciało zwycięzcy. Później doszła jeszcze konieczność noszenia skór jako ochrony przed chłodem. Do dziś dnia łojotokowe zapalenie skóry i inne infekcje grzybicze, ciasne ubranie, roztocza (np. nużeniec ludzki), ciemieniucha, poród oraz silny stres – mogą doprowadzić do czasowej lub trwałej utraty owłosienia u ludzi. Nie mamy powodów, by przypuszczać, że tego typu czynniki nie odgrywały istotnej roli już w czasach prehistorycznych.
Faktem jest, że kobiety są mniej owłosione od mężczyzn. Przyczyną tego zjawiska może być „naturalna depilacja” spowodowana szczelniejszym okrywaniem twarzy w obawie przed obcymi, pracą przy ogniu, przewlekłym stresem, poporodowym łysieniem telogenowym czy niedożywieniem.
Nie była to jedyna zmiana w fizycznym wyglądzie człowieka. Największa przebudowa naszego ciała rozpoczęła się wraz z przejściem od postawy czworonożnej do dwunożnej i zakończyła się przed 200 tysięcy lat temu. Wskutek dwunożności zmieniły się przede wszystkim stopy ludzkie (przybrały łukowaty kształt), nogi (nastąpiło ich wzmocnienie i zmiana ustawienia kości), kręgosłup (przybrał lekko esowaty kształt), miednica (zmienił się kształt, w tym także kształt kanału rodnego u kobiet), ręce (skróciły się, ale zyskały zręczniejsze palce i wyraźnie przeciwstawny kciuk) oraz czaszka (stała się bardziej kulista, osadzona pionowo). Pozostałe zmiany miały inne przyczyny, np. większe kobiece piersi to zapewne skutek długiego okresu laktacji (karmienie piersią kolejno kilkorga dzieci przez trzy, cztery lata każdego), natomiast większe penisy u mężczyzn są efektem częstych erekcji, co należałoby wiązać ze wzmocnieniem więzi między partnerami.
Kolejnym czynnikiem, który wpłynął na rozchodzenie się linii rozwojowej człowieka i pozostałych hominidów, było wytwarzanie narzędzi w celu ich wielokrotnego użycia. Wiele gatunków zwierząt, w tym liczne naczelne (szympansy, kapucynki, makaki), posługuje się pomocniczymi przedmiotami, by osiągnąć cel, na przykład zdobyć pożywienie znajdujące się poza zasięgiem ręki, łapy, pyska czy dzioba. Są to proste „narzędzia” (kamień, kij, znaleziona kość, muszelka), których nikt celowo nie modyfikował ani nie wytwarzał z myślą o późniejszym użyciu. Takie pomoce zwierząt nazywam tutaj protonarzędziami. Różnią się one od narzędzi pierwotnych, czyli najprostszych narzędzi intencjonalnie wytwarzanych przez praczłowieka czy człowieka i przeznaczonych do wielokrotnego użytku, niekoniecznie zawsze w tej samej funkcji. Najstarszymi narzędziami pierwotnymi zachowanymi do naszych czasów są kamienne artefakty sprzed 3,3 miliona lat (Kenia), ale jak mamy prawo przypuszczać, wcześniej używano też innych, które niestety nie zachowały się do naszych czasów ze względu na kruchość materiału (drewno, włókna roślin, skóry).
Cechą cywilizacji – jako warunków życia i ogółu dóbr wytworzonych przez człowieka – jest rozwój. Przez ponad 2 miliony lat od pojawienia się pierwszych narzędzi z kamienia (obrobionych otoczaków) zmieniały się ich formy (kształt, wielkość), technologie wytwarzania i retusz, niemniej nie były to zmiany radykalne. Dlatego bardzo długi okres paleolitu (od 3,3 miliona do 14 tysięcy lat temu) możemy nazwać co najwyżej protocywilizacją, czyli prekursorem cywilizacji. W przeciwieństwie do poprzedniczki cywilizację charakteryzuje m.in. dynamiczny rozwój narzędzi i innych artefaktów.
Ognia boją się wszystkie zwierzęta, nie wyłączając naczelnych, a więc prawdopodobnie obawiały się go również ówczesne hominidy. Można jednak przypuszczać, że rozbudzona już w okresie nadrzewnego trybu życia ciekawość świata pozwoliła przezwyciężyć strach i pomogła naszym przodkom bliżej zaznajomić się z tym żywiołem oraz z korzyściami, jakie z nim się wiążą. Zrazu ogień mógł być przechowywany w postaci zarzewia (jako tlący się konar, darń lub wysuszone łajno zwierzęce), o wiele zaś później nauczono się go krzesać, uderzając kamieniem o kamień (metoda krzemionkowa) lub przez wytrwałe pocieranie szczap (metoda wzniecania żaru z suchego drewna). Tak oto doszło do udomowienia ognia – najpierw oswojenia spontanicznego, następnie zaś planowanego (rozpalanie go według potrzeb) – co przyczyniło się do radykalnej zmiany trybu życia praludzi i później ludzi. Lista skutków zapanowania nad ogniem jest imponująca: pozyskanie przenośnego źródła ciepła oraz światła, odstraszanie drapieżników, oczyszczanie jaskiń z dotychczasowych czworonożnych i pełzających mieszkańców, możliwość migracji na północ i rozejście się po całym globie, obróbka cieplna mięsa i innych potraw (pieczenie, wędzenie, suszenie, a później gotowanie), przechowywanie żywności na trudne czasy, detoksykacja pokarmów, poszerzenie menu, skrócenie się układu trawiennego (zwłaszcza jelita grubego) oraz zmniejszenie liczby patogenów i substancji toksycznych w układzie pokarmowym, inne zmiany anatomiczne (np. w uzębieniu) wskutek odmiennego sposobu odżywiania się, wydłużenie aktywności dziennej o kilka godzin, ukształtowanie się nowego rytmu dobowego, pojawienie się nadwyżki energetycznej, którą teraz mógł zagospodarować rozrastający się mózg, doskonalenie narzędzi (np. ostrzy włóczni), następnie zaś – w okresie neolitu i „epok metalowych” – wypalanie naczyń z ceramiki oraz wytapianie miedzi, brązu, złota i żelaza. Nie można wreszcie nie dostrzec gigantycznych zmian społecznych, które dokonały się bezpośrednio lub pośrednio za sprawą ognia: rozwoju języka (próby wieczornego „dogadywania się” przy ognisku), cywilizacji, sztuki, wierzeń religijnych i przede wszystkim więzi społecznych.
Streszczenie rozdziału 3
Świat stanowi system naczyń połączonych, to znaczy każdy byt jest powiązany z innymi bytami-rzeczami w myśl zasady: im coś bliższego, tym związki z reguły są silniejsze, ważniejsze, obustronnie bardziej zależne. Może to być bliskość w przestrzeni i czasie lub bliskość ontyczna (np. pokrewieństwo genetyczne, wspólnota duchowa). Każdy byt wysyła na zewnątrz informację o sobie i przyjmuje z zewnątrz informację o innych bytach, w szczególności tych z najbliższego otoczenia. Mówimy wówczas o komunikacji, czyli sposobie porozumiewania się między bytami, głównie bliskimi sobie ontycznie (np. między bakterią a bakterią czy między człowiekiem a człowiekiem). Czasami taką komunikację nazywa się językiem (językiem zwierząt, językiem bakterii itp.). W lazurowej idei pojęcie języka zarezerwowane jest tylko dla języka ludzkiego jako systemu znaków wokalnych, wizualnych lub innych służących do wymiany informacji między nadawcą a odbiorcą. Mówiąc natomiast o „językach” innych istot żywych, używam słowa komunikacja (węchowa, wzrokowa itp.) lub język (w takim wypadku pisownia z kursywą, by zaznaczyć niedosłowność określenia).
W toku rozwoju filogenetycznego, począwszy od prokariontów i jednokomórkowych eukariontów, nasi przodkowie używali różnych form komunikacji. Pierwszą z nich była komunikacja dotykowa (zachodząca, kiedy jeden byt fizycznie stykał się z drugim) charakterystyczna dla całej przyrody – zarówno tej ożywionej, jak i tej nieożywionej. Bezpośredni dotyk przyczynił się do wykształcenia zmysłu dotyku, który obecnie, dzięki różnorodnym receptorom, pozwala nam na odczuwanie nacisku, ciepła lub zimna, równowagi, bólu, ułożenia poszczególnych części ciała, ciśnienia itp. Do dziś dnia dotyk jest pierwszym językiem noworodków.
Z dotyku, w czasie ewolucji biologicznej trwającej około 4 miliardów lat, ukształtowały się dalsze zmysły odbierające informacje ze środowiska. Były to kolejno węch i smak (poprzedzone ogólnym odbiorem sygnałów chemicznych), wzrok oraz słuch. Dlatego na dobrą sprawę wszystko, co do nas dociera za pomocą jakichkolwiek zmysłów, można określić wspólnym mianem dotyku. A zatem możemy mówić nie tylko o bezpośrednim dotyku fizycznym, zwłaszcza przez skórę (a wcześniej przez błonę komórkową), ale też o dotyku chemicznym, czyli o kontakcie receptorów z cząsteczkami chemicznymi znajdującymi się we wdychanym powietrzu bądź w spożywanych pokarmach (zapach i smak wyczuwane przez rzęski i kubki smakowe), tudzież o dotyku falowym jako o kontakcie z falami świetlnymi (wzrok) i akustycznymi (słuch). Skoro więc porozumiewamy się z zewnętrznym światem przez owe zmysły, należy wyróżnić odpowiadające im typy komunikacji w wersji dotykowej, chemicznej (węchowo-smakowej), wzrokowej oraz słuchowej.
Przy okazji omawiania genezy wszystkich zmysłów z jednego zmysłu przywołaliśmy prawo rozwoju wielości z jedności, które mówi, że z czegoś, co jest jedno, podstawowe, proste i/lub jednorakie, w procesie rozwoju wyłania się wielość, różnorodność i złożoność.
Niemalże równolegle z komunikacją dotykową rozwijał się drugi typ porozumiewania się – komunikacja chemiczna, która z czasem przekształciła się w komunikację węchową (węchowo-smakową). Już ostatni wspólny przodek, LUCA, posiadał błonę komórkową zdolną do odbioru sygnałów chemicznych. Dzięki węchowi były zaspokajane wszystkie potrzeby życiowe ówczesnych organizmów, a mianowicie potrzeby pokarmowe (te również dzięki smakowi), bezpieczeństwa i seksualne, zwane w skrócie potrzebami PBS. Dzisiaj komunikacja węchowa odgrywa nadal ogromną rolę, zwłaszcza w świecie zwierząt niższych (np. owadów).
Po pojawieniu się dwóch pierwszych zmysłów – dotyku fizycznego i dotyku chemicznego, który stopniowo różnicował się na kolejne zmysły (śladowy „pierwotnie chemiczny” oraz węchowy i smakowy) – z czasem przyszła kolej na dwa dalsze: wzrok oraz słuch. Odkąd część naczelnych (Primates) zmieniła tryb życia na zdecydowanie nadrzewny, węch tracił stopniowo na znaczeniu, a na pierwsze miejsce wysuwał się wzrok, który umożliwiał zaspokajanie nie tylko starych potrzeb (jedzenie, prokreacja, bezpieczeństwo), lecz ponadto rozbudzał nowe, takie jak ciekawość świata czy radzenie sobie w świecie za pomocą wykonywanych narzędzi. Dlatego komunikacja węchowa powoli była zastępowana przez bardziej naszym przodkom przydatną komunikację wzrokową, sprowadzającą się do postawy ciała, mimiki twarzy i gestykulacji (język gestowy). Zwierzęta często przybierają określoną postawę ciała (zwaną też mową ciała), gdy chcą coś przekazać przedstawicielom swojego gatunku lub wrogom (drapieżnikom). Naczelne człekokształtne rozbudowały ową mowę o mimikę twarzy oraz gesty.
Język gestów i mimiki nie był zbyt praktyczny, wymagał bowiem ciągłej obserwacji twarzy i rąk „mówiącego”, a ręce były przecież coraz częściej wykorzystywane do innych zadań (prac manualnych, noszenia przedmiotów i potomstwa, posługiwania się protonarzędziami, a później narzędziami). Niemniej torował on drogę do prawdziwego języka.
Język ludzki opiera się na dwóch równoległych szlakach komunikacyjnych – dźwiękowym oraz wzrokowym – które z czasem utworzyły mowę, polegającą na stosowaniu dźwięków języka do porozumiewania się, oraz jej graficzne przedstawienie, czyli pismo. Mówiąc o genezie języka, możemy wskazać trzy etapy ewolucyjne: 1) etap rozwoju bazy dla protojęzyka (odgłosy zwierzęce i postawa ciała zwierząt); 2) etap rozwoju protojęzyka jako bazy dla powstania języka (m.in. przedśpiew, artykulacja przedwerbalna, mimika, gesty, później rysunek) oraz 3) etap rozwoju właściwego języka (mowa i pismo przejawiające się w takich zjawiskach i osiągnięciach cywilizacyjnych, jak śpiew, druk, multimedia czy internet). Przed pojawieniem się mowy najważniejsza w komunikacji międzyludzkiej była artykulacja przedwerbalna mająca wsparcie w gestach i mimice.
Po różnych zmianach behawioralnych, społecznych, umysłowych i anatomicznych powiązanych z dwunożnością zaistniały odpowiednie warunki do pojawienia się mowy jako nowego sposobu porozumiewania się między ludźmi. Był nim język dźwiękowy, który prawdopodobnie miał bardzo skromne początki, ale z czasem wyewoluował w złożony i niezwykle efektywny leksykalno-gramatyczny system komunikacyjny.
Umiejętność mówienia rozwijała się równocześnie z innymi zdolnościami mentalnymi, m.in. umiejętnością skutecznego rozwiązywania problemów, czyli inteligencją. Musiało to być oddziaływanie obustronne: mowa przyczyniała się do wzrostu inteligencji, a rosnąca inteligencja – do rozwoju mowy. Początkowo pojawiły się zapewne pojedyncze dźwięki samogłoskowe o różnych tonach (aaa, ooo, krótkie o! itp.), wymagające jedynie aktywności strun głosowych. Z dużym prawdopodobieństwem owe pradźwięki były powiązane ze stanami emocjonalnymi „mówiącego”. Ten szczebel rozwoju językowego to stadium protojęzyka, przypominającego odgłosy zwierząt (śpiewających ptaków, ssaków wydających dźwięki). Potrzeby rozbudzone ciekawością świata, jak również potrzeba porządkowania spostrzeżeń i doświadczeń tegoż świata, przyczyniły się do powstania pojęć. Na etapie przejściowym między światem zwierzęcym a światem ludzkim były to pojęcia obrazowe jako wyobrażeniowe uogólnienia. Jednakże na etapie krystalizującej się mowy, kiedy to gestykulację zewnętrzną rąk zastępowała „gestykulacja wewnętrzna” języka i innych narządów artykulacyjnych, owe pojęcia stopniowo przekształcały się w pojęcia słowne, czyli w ujęciu gramatycznym – rzeczowniki. Początkowo, jak możemy przypuszczać m.in. na podstawie obserwacji rozwoju mowy u niemowląt, były to nazwy jednosylabowe zakończone samogłoską (ma, ba, ta itp.), później powtórzenia otwartych monosylab (mama, baba, tata). Na dalszym etapie rozwoju mogły się pojawić różne kombinacje tychże monosylab (mata, bata, maba), a potem tworzono sylaby zamknięte, zakończone spółgłoską (matak, bartan). Ażeby związek określonych pojęć z konkretnymi nazwami został powszechnie zaakceptowany, potrzebny był jakiś autorytet, w którego ślady poszliby inni członkowie grupy lub (nadal) stada. Takim liderem mógł być samiec alfa. Do niego należało wydawanie poleceń i w ten sposób, nie wiedząc o tym, tworzył nową część mowy – czasowniki w trybie rozkazującym lub w bezokoliczniku, a następnie, na późniejszych etapach rozwoju gramatyki jako systemu logicznego, kolejne kategorie gramatyczne – czas, osobę, tryb i stronę. Połączenie obu kategorii gramatycznych (czasownika z rzeczownikiem) dało podstawę do utworzenia prostego zdania, składającego się najpierw wyłącznie z podmiotu i orzeczenia. Kolejną wykształconą częścią mowy mógł być przymiotnik w roli określenia rzeczownika. Rozpędzony umysł zaczął tworzyć dalsze kategorie gramatyczne i w ten sposób coraz bardziej rozbudowywał sposób porozumiewania się zwany mową, a jednocześnie towarzyszący mu system myśli. Pamiętajmy, że był to już umysł stopniowo odkrywający logikę, który nie omieszkał wpleść jej w tworzony przez siebie język.
Mowa była rozwijana i doskonalona przez setki tysięcy użytkowników tudzież pokoleń w procesie zwanym stygmergią, który polegał na kontynuowaniu tego, co rozpoczęli poprzednicy. W ten sposób rozwijają się po dziś dzień cała kultura i cywilizacja.
Swoistą inkarnację języka mówionego stanowi pismo. Pojawiło się ono około 6 tysięcy lat temu po wyewoluowaniu z upraszczanych coraz bardziej rysunków. Pismo rzecz jasna nie wyeliminowało wcześniejszych sposobów porozumiewania się, to znaczy mowy oraz komunikacji mimiczno-gestykulacyjnej. Graficzne przedstawianie mowy odegrało ogromną rolę w rozwoju cywilizacji, stając się zewnętrznym magazynem pamięci rodzaju ludzkiego, o czym powiemy sobie nieco później.
Czyżby więc język, przybrawszy zrazu postać mowy, a później i pisma, stworzył nas jako ludzi? Język jest niewątpliwie najdoskonalszym uzewnętrzniającym nas narzędziem, ale czy naszym stwórcą? Narzędzie nie jest tym, co samo w sobie cokolwiek tworzy, ale tym, za pomocą czego ktoś coś tworzy. Wyprzedzając nieco nasze dalsze rozważania, wskazujemy na innego stwórcę, a właściwie twórcę, jako że zamiast aktu jednorazowego był to proces: naszym odwiecznym twórcą jest nasz własny umysł. Umysł, który po 4 miliardach lat ewolucji osiągnął etap wymiany myśli oraz ich gromadzenia poza własnym mózgiem (czyli poza naszym najdoskonalszym wewnątrzorganicznym narzędziem). Wraz z pojawieniem się mowy zaczęliśmy przechowywać nasze myśli również w mózgach innych ludzi, a jednocześnie gromadzić w swoich mózgach cudze myśli dzięki ich wymianie. Wcześniej, bez posługiwania się językiem, było to prawie niemożliwe. Język odręcznie pisany – druga megarewolucja kognitywna w dziejach ludzkości – ułatwił nam elitarną wymianę myśli oraz ich przechowywanie na nośnikach pozaneuronalnych, takich jak tabliczka gliniana czy papier. Druk okazał się kolejną, tym razem zdecydowanie bardziej egalitarną megarewolucją w przekazie, gromadzeniu i przechowywaniu myśli. Tak oto (s)tworzył się człowiek! Homo autocreator!
Graficznie naszą drogę do człowieczeństwa można by przedstawić następująco:
I megarewolucja kognitywna (mowa): elementarna wymiana myśli. Ich magazynem, oprócz własnego mózgu danego osobnika, są również cudze mózgi, a nośnikiem – sieci neuronowe. Tram-ta-ta-tam! Rodzi się człowiek.
II megarewolucja kognitywna (pismo): elitarna wymiana myśli. Ich magazynem stają się artefakty, zwłaszcza teksty odręcznie pisane, a nośnikami – m.in. kamień, tabliczki gliniane, włókna i papier. Tram-ta-ta-tam! Rodzi się człowiek przekazujący swoje myśli na odległość w czasie i przestrzeni.
III megarewolucja kognitywna (druk): egalitarna wymiana myśli. Ich magazynem są m.in. biblioteki, a nośnikiem – książki drukowane oraz inne druki. Tram-ta-ta-tam! Rodzi się człowiek przekazujący myśli na odległość w czasie i przestrzeni dużej liczbie odbiorców.
Streszczenie rozdziału 4
Współczesna nauka traktuje umysł najczęściej jako funkcję mózgu. Według niej to, jacy jesteśmy – my oraz zwierzęta – jest efektem serii losowych zdarzeń znanych w biologii jako mutacje i dobór naturalny.
Inne jest moje podejście, mimo że absolutnie nie kwestionuję ani zjawiska ewolucji biologicznej, ani mutacji i doboru, ani ich roli. W lazurowej idei umysł jest mocą istoty żywej, zdolnej do organizowania sobie życia na odpowiednim dla niej poziomie. W szerszym ujęciu można utożsamiać umysł z tą istotą (Mój umysł to ja sam). Umysł jest mocą każdej istoty żywej, a więc każda z nich jest umysłem sensu largo. W niniejszej publikacji mówię o umyśle (u istot obdarzonych już mózgiem) lub „umyśle” (u istot przedmózgowych), przy czym jeden i drugi to po prostu ejdos, znany nie tylko przyrodzie ożywionej. Mózg natomiast to najważniejszy u większości zwierząt, zbudowany z tkanki nerwowo-glejowej system biologiczny, który jest narzędziem służącym do zarządzania organizmem i gromadzenia doświadczeń. Komu służy? Oczywiście umysłowi (ejdosowi). Jeśli umysł jest organizatorem, to mózg jest tym, co jest (z)organizowane i co służy jako magazyn pamięci, a zarazem jako narzędzie do dalszego organizowania. Jest on najważniejszym ze wszystkich organów, czyli nukuleusem.
Umysł sensu largo towarzyszy istotom żywym od samego początku, to znaczy od zarania życia na Ziemi, czego nie można powiedzieć o mózgu, który wraz z układem nerwowym pojawił się dość późno. Umysł współtworzą jego predyspozycje, między innymi „przedmózgowe” (tzn. istniejące już przed pojawieniem się mózgu), takie jak inteligencja, zmysły, pamięć czy wola trwania. Umysł nie jest dziełem przypadku, lecz dziełem samoorganizacji, wspieranym przez czynniki zarówno zewnętrzne (egzogenne), jak i wewnętrzne (endogenne). Co zaś się tyczy przypadku, to niczego on sam z siebie nie sprawia, niczego nie organizuje, aczkolwiek może być wykorzystywany, a właściwie bez przerwy jest wykorzystywany, w samotworzeniu się bytu-systemu. Przypomnę w tym miejscu, że samoorganizacja (zwana też samotworzeniem) to właściwość całej przyrody, w tym także bytów-systemów naturalnych na różnych poziomach, np. na poziomie komórki, organizmu czy populacji.
Mutacja to w pewnym sensie losowe zdarzenie, lecz nie jest nim dobór naturalny, będący de facto wyborem organizmu, który preferuje korzystne dlań zmiany (mutacje) spośród tych, które zdarzają się codziennie. Krótko mówiąc, mutacje są różnymi propozycjami, jakie osobnikowi podsuwa życie, ale to on sam, dzięki własnej inteligencji, wybiera to, co korzystne lub wręcz niezbędne dla jego życia (przeżycia).
Pamięć zazwyczaj utożsamiamy z pamięcią neuronalną. Warto jednak sobie uświadomić, że pamięć cechuje wszelkie istoty żywe od samego początku życia na Ziemi, jak również od samego początku ich własnego zaistnienia. Mówię tutaj oczywiście o pamięci genetycznej (i być może nieznanej nam bliżej pamięci somatycznej przedneuronalnej).
Droga do wykształcenia się mózgu rozpoczęła się około 0,5 miliarda lat temu, co z jednej strony wydaje się długim odcinkiem czasowym, z drugiej zaś stanowi tylko 15% okresu istnienia życia na naszej planecie. Krótko mówiąc, przez 85% tego okresu życie obywało się bez neuronów, układu nerwowego, mózgowia i mózgu, a mimo to trwało i całkiem sprawnie się rozwijało.
Pierwsze zwierzęta wielokomórkowe typu płaskowce (Placozoa), chociaż posiadały już – podobnie zresztą jak wszystkie istoty żywe od 4 miliardów lat – ejdos/„umysł” zarządzający organizmem, nie miały jeszcze komórek nerwowych (= neuronów), które stanowią podstawowy budulec mózgu. Również bardziej rozwinięte od nich gąbki (Porifera) nadal nie wykształciły neuronów, pomimo posiadania struktur przypominających poniekąd nerwy (neuroidy), które wykształciły się prawdopodobnie z komórek gruczołowych. U parzydełkowców (Cnidaria) pojawia się niescentralizowany i niespolaryzowany układ nerwowy w postaci sieci nerwowej pozbawionej agregacji neuronalnych. Taką sieć neuronów można by już nazwać protomózgiem, czyli strukturą, która poprzedzała powstanie mózgu. Zagęszczenie sieci neuronalnej w kilku miejscach ciała (przy otworze gębowym, stopie i na końcu ramion) można zaobserwować u stułbi (Hydra).
Niektóre gatunki zwierząt dwubocznie symetrycznych (Bilateria) wykształciły drabinkowy układ nerwowy z wyróżniającym się skupiskiem neuronów z przodu ciała. U nicieni (Caenorhabditis) mamy już pierścień nerwowy wokół gardzieli, składający się zaledwie z 302 neuronów. U osłonic i bezczaszkowców typu lancetnik (Branchiostoma lanceolatum) cewka nerwowa zakończona pęcherzykiem mózgowym biegnie wzdłuż całego ciała nad struną grzbietową. Mózgi właściwe mają już bezkręgowce, na przykład owady. Mózgi owadów społecznych, takich jak pszczoły, termity czy karaczany, mogą liczyć aż około miliona neuronów z setkami milionów, a nawet z miliardem synaps. Fenomen wśród bezkręgowców stanowią ośmiornice (Octopoda), których mózgi składają się z 0,5 miliarda neuronów. Ośmiornice są znane ze swej inteligencji przejawiającej się między innymi w wysokich umiejętnościach nawigacyjnych i łowieckich, w kamuflażu, w planowaniu czy w posługiwaniu się protonarzędziami. Potrafią się również uczyć na podstawie własnych doświadczeń.
Mózg z kresomózgowiem, międzymózgowiem, śródmózgowiem, rdzeniem przedłużonym i móżdżkiem pojawia się u kręgowców. Jeszcze do niedawna uważano, że na bazie „mózgu gadziego”, który odpowiadałby pniowi mózgu, wyrósł „mózg paleossaczy” (starossaczy) odpowiadający międzymózgowiu (układowi limbicznemu), na tym zaś – „mózg neossaczy” (nowossaczy) z kresomózgowiem i półkulami mózgowymi. Dzisiaj już wiemy, że od samego początku u kręgowców mózg składał się ze wszystkich trzech obszarów: rdzeniomózgowia, międzymózgowia i kresomózgowia, aczkolwiek to ostatnie zaczęło się intensywnie rozwijać dopiero u ptaków oraz ssaków, tworząc (już wcześniej) półkule mózgowe. Obok kory dawnej (paleocortex) i kory starej (archicortex) wykształciła się sześciowarstwowa kora nowa (neocortex), natomiast u łożyskowców – dodatkowo ciało modzelowate zespalające obie półkule, jak również integrujące ich działanie. U naczelnych rozwinęła się kora odpowiedzialna między innymi za pamięć krótkotrwałą i funkcje poznawcze. Dalszy jej intensywny rozwój miał miejsce u wszystkich gatunków ludzi, zwłaszcza u Homo sapiens, u którego pojawiły się takie obszary, jak „niema część mózgu”, pole Wernickego czy płaciki ciemieniowe dolne.
Tak oto przez kilkaset milionów lat umysł, wyposażony w inteligencję, wolę trwania i zdolności zapamiętywania, stopniowo kształtował układ nerwowy wraz z jego centralą – mózgiem (mózgowiem). Ale i mózg, będąc dorobkiem zarówno długiego łańcucha filogenetycznego, jak i indywidualnych doświadczeń osobnika, kształtował i nadal kształtuje umysł, podobnie jak kultura (nauka, sztuka, religia, technika itd.) kształtuje każdego z nas, a każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu wpływa na kształt kultury. Taki wzajemny wpływ, zwany oddziaływaniem obustronnym, spotyka się dość powszechne w całej przyrodzie, gdzie A wpływa na B, następnie B wpływa na A, zmienione A wpływa na zmienione B i tak dalej, przyczyniając się do rozwoju układu A–B. Dla nas, ludzi, zapalonych tropicieli przyczynowości, istotne wydaje się odkrycie tego, co było pierwsze: A czy B, symboliczne jajo czy kura. Moim zdaniem pierwsze było A, czyli umysł, natomiast B (mózg) pojawiło się dużo, dużo później. Tak więc na pytanie Gazzanigi, kto tu rządzi, zdecydowanie odpowiadam – umysł rządzi całym naszym życiem i naszym organizmem, w tym także mózgiem.
Umysł, jakim dysponujemy (a mówiąc precyzyjniej: jakim jesteśmy), nie jest monolitem. Wszystko, co pojawiło się w przyrodzie, powstało wskutek rozwoju, a więc umysł także (podobnie jak mózg). Jest on efektem działania obu ścieżek rozwojowych – ewolucji i emergencji. Patrząc na człowieka oczyma biologa, można powiedzieć, że jest on wielopoziomowym systemem bilionów komórek, które razem tworzą organizm. W każdej komórce (notabene też będącej systemem) jest życie. Co organizuje życie zarówno na poziomie pojedynczej komórki, jak i na poziomie całego wielokomórkowego organizmu? Moja odpowiedź brzmi: ejdos, czyli ta centralna, najważniejsza, „najbardziej esencjalna” część esencji – w tym wypadku – życia. Życie organizuje życie? Właśnie tak, życie samo się organizuje, a jeszcze dokładniej: centrala życia (= ejdos) organizuje życie (= esencję) całego organizmu. Każda komórka ma własny „umysł” i własny „mózg”, a tym ostatnim jest jądro komórkowe (lub nukleoid w wypadku prokariontów). Tak samo ma swój „umysł” tkanka, będąca właściwie, patrząc od strony filogenezy, kolonią jednokomórkowców. Wszystkie te jeszcze nie nerwowe „umysły” komórek i tkanek tworzą system wyższego rzędu – umysł wegetabilny, będący nadal systemem przedneuronalnym.
Mnie interesuje przede wszystkim umysł, który cały swój dorobek zgromadził w neuronach, a w szczególności w ich najważniejszej agregacji zwanej mózgowiem, uczyniwszy z nich swoje narzędzie. To już nasz umysł, umysł całości, a nie tylko pojedynczych komórek czy tkanek. W tak rozumianym umyśle również można wskazać poziomy odzwierciedlające nasz rozwój ewolucyjno-emergentny. Są to kolejno: poziom wegetatywny (w skrócie vegetatio), poziom animalny (anima), poziom psychiczny (psyche) i najwyższy z nich wszystkich poziom intelektualno–duchowy zwany też intelektem (nous). Pierwszy z nich tworzy wegetosferę, to znaczy sferę czynności życiowych na poziomie biologii, drugi – animosferę, sferę popędów, instynktów, emocji i programów wrodzonych, trzeci – psychosferę, sferę dominacji osobistych doświadczeń oraz zindywidualizowanych zachowań, odruchów warunkowych, uczuć i myślenia bezkrytycznego, zaś ostatni – noosferę, czyli sferę krytyczno-logicznego myślenia, obiektywizmu, wolnego działania i moralności. Ten poziom jest najbardziej twórczy, a jednocześnie najbardziej nastawiony na odtwarzanie (czytaj: poznawanie) rzeczywistości takiej, jaka ona jest naprawdę. To jemu zawdzięczamy naszą cywilizację i kulturę z jej wszystkimi konarami, takimi jak sztuka, religia, filozofia, nauka czy technologia.
Fundamentem całego umysłu jest oczywiście vegetatio utrzymujące nas przy życiu. Oddychanie, jedzenie, picie, wydalanie, bicie serca, metabolizm i w ogóle gospodarka wewnątrzustrojowa to jego domena. Ono nas broni przed wewnętrznymi wrogami, jakimi są chorobotwórcze bakterie i wirusy, metale ciężkie i inne toksyny, a nawet nasz własny zaburzony układ immunologiczny. To ono, dzięki tworzonemu przez siebie nastrojowi, „rozmawia” z nami, „opowiadając” o swoich kłopotach (chorobach, zaburzeniach) lub „chwaląc się” swoim dobrostanem. Niemniej gdy vegetatio kapituluje, żegnamy się z życiem.
Z vegetatio wyrasta kolejny, najbardziej zwierzęcy poziom mentalny – anima. Na tym poziomie zatrzymały się zwierzęta, które nazywam umownie niższymi. Dorobek istoty animalnej nie jest w zasadzie jej własnym dorobkiem, ale osiągnięciem całego gatunku. Dlatego można zakładać, że kształtował się on niezwykle powoli przez niezliczenie wiele pokoleń. Jest to umysł mało podatny na zmiany ze względu na wyjątkowo niską zdolność uczenia się, która z kolei stanowi efekt bardzo ograniczonej możliwości gromadzenia osobistych doświadczeń (mimo to, jak się wydaje, anima ma taką możliwość). Ditfurth porównuje animę (nazywając ją istotą międzymózgowiową, jako że jej siedziba znajduje się zasadniczo w międzymózgowiu, układzie limbicznym) do odtwarzanej kasety magnetofonowej. Na tym poziomie na pierwszy plan wysuwa się wszystko, co wrodzone – wrodzone programy, instynkty, popędy, odruchy bezwarunkowe i emocje. Podczas stresu, zarówno tego przyjemnego, pożądanego, mobilizującego (czyli eustresu, który towarzyszy m.in. kopulacji), jak i tego zdecydowanie nieprzyjemnego (dystresu, np. w wyniku spotkania ze śmiertelnym wrogiem), wydzielają się hormony, o czym powiadamiają nas emocje, będące de facto odbiciem wspomnianych substancji dokrewnych. W sytuacji zbiorowych histerii lub w podobnych okolicznościach (np. w czasie szturmu żołnierzy na wroga, linczu czy orgii) wyższe poziomy mentalne zostają „sparaliżowane” (zablokowane), a dochodzi wówczas do głosu anima przejawiająca się jako „dusza rozwścieczonego tłumu”.
Z poziomu wegetatywnego wyrósł poziom animalny, z tego zaś – poziom psychiczny. Jak mroki średniowiecza, które trwały wyjątkowo długo, w końcu musiały ustąpić powiewowi świeżej myśli niesionej przez renesans, tak „średniowieczna” anima, odtwarzająca w kółko te same melodie niczym kataryniarz, musiała posunąć się na ławce, by ustąpić miejsca grajkowi, który nie grał za każdym razem tak samo i tego samego. Nastała epoka indywidualizmu – zindywidualizowanych doświadczeń, potrzeb i zachowań. Pojawił się charakter jako zbiór cech odróżniających osobnika od innych przedstawicieli jego gatunku. Powtarzające się emocje, w szczególności te silne, długotrwałe i dla indywiduum ważne, stworzyły nową jakość relacji międzyosobniczych – uczucia. Psyche uaktywniło kresomózgowie, do tej pory dość ospałe, na bazie dotychczasowego mózgowia (encephalon) budując pałac, któryśmy nazwali mózgiem (cerebrum). Ów pałac składa się głównie z dwóch rozbudowywanych przez wieki komnat (półkul mózgowych) połączonych niezwykle ważnym korytarzem (ciałem modzelowatym), sąsiadującym z dwoma starszymi korytarzykami.
Wraz z pojawieniem się umiejętności porozumiewania się za pomocą słów umysł na poziomie psychicznym zaczął korzystać nie tylko z własnych doświadczeń, ale i z doświadczeń współplemieńców. Oznacza to, że zaczął się uczyć od innych i uczyć innych, będąc jednocześnie nauczanym i uczącym. Owa dwustronna wymiana myśli, niespotykana dotychczas w świecie zwierząt, utorowała drogę nowemu poziomowi mentalnemu, znanemu wyłącznie człowiekowi, a mianowicie poziomowi intelektualno-duchowemu – intelektowi. Bezkrytyczne myślenie charakterystyczne dla psyche musiało ustąpić nieco miejsca krytycznemu myśleniu, którym zaczął posługiwać się nous po odkryciu logiki jako głębszego poziomu rzeczywistości. Poznawaniu rzeczywistości towarzyszyło również rozróżnianie tego, co dobre i co złe, co piękne i co brzydkie, co sprawiedliwe i co niesprawiedliwe, czyli poznawanie wartości. Stało się to możliwe dzięki predyspozycjom mentalnym intelektu, na poprzednich poziomach w ogóle nieznanym, takich jak logiczny rozum, krytyczny rozsądek, sumienie, postawa wolitywno–emocjonalna czy wolna wola, o których będę mówił w kolejnym rozdziale. Efektem działalności intelektu sensu largo, czyli całego umysłu ludzkiego, jest szeroko rozumiana kultura i jej materialna postać – cywilizacja. Władimir Wiernadski i Pierre Teilhard de Chardin mówili o trzech globalnych sferach: geosferze, biosferze oraz noosferze. Jeśli ta pierwsza jest dziełem przyrody nieożywionej, a druga – przyrody ożywionej, to trzecia jest niewątpliwie dziełem „przyrody świadomej”, czyli efektem aktywności noosfer personalnych nas wszystkich i naszych przodków od czasów wykształcenia się języka (zrazu mowy) jako narzędzia do interpersonalnej wymiany myśli. Reasumując: nasz umysł na najwyższym poziomie nous stworzyła – i nadal tworzy – wymiana myśli, to znaczy dzielenie się z innymi ludźmi własnymi myślami.
Streszczenie rozdziału 5
Umysł ludzki, będący spadkobiercą umysłu zwierzęcego, przez niezmiernie długi czas filogenezy wykształcił szereg zdolności, czyli kompetencji, które posiada on potencjalnie lub realnie. W wypadku potencjalności mówimy o zdolnościach latentnych, nieujawnionych jeszcze, natomiast w wypadku realności – o zdolnościach realnych, tzn. ujawnionych, aktywnych bądź możliwych do aktywacji w każdej chwili. Z podziałem tym wiąże się kolejny, na 1) predyspozycje jako zdolności wrodzone i 2) umiejętności oraz spokrewnione (a czasami wręcz utożsamiane) z nimi nawyki jako zdolności wyuczone. Im wyższy poziom rozwoju mentalnego, tym ów podział staje się mniej ostry ze względu na to, że predyspozycje intelektualno-duchowe (rozum, sumienie, wolna wola itd.) również muszą być „wyuczone”, a właściwie nieustannie „wyuczane” (= kształtowane) w rozwoju ontogenetycznym. Tymczasem nabycie umiejętności (np. manualnych, motorycznych) czy nawyków zazwyczaj nie wymaga nieustannego uczenia się, a zdolności wegetatywne czy animalne w ogóle nie wymagają żadnego uczenia się.
Poniżej zostaną omówione najważniejsze predyspozycje umysłowe człowieka, zarówno te odziedziczone po naszych zwierzęcych przodkach (m.in. zmysły, inteligencja, wola życia, wyobraźnia, emocje), jak i te specyficznie ludzkie (m.in. rozum, rozsądek, postawa wolitywno-emocjonalna, wolna wola, intuicja, sumienie). Innymi wybranymi predyspozycjami, takimi jak pamięć czy świadomość, zajmiemy się później, wymagają one bowiem osobnego omówienia. Mówiąc o predyspozycjach, należy pamiętać również o ich realizacji, czyli aktach (predyspozycjach w działaniu) oraz efektach tych realizacji, czyli stanach (stany aktywowanych predyspozycji).
Zmysły
Zmysły, podobnie jak inteligencja czy wola życia, należą do najstarszych, jeszcze przedmózgowych predyspozycji umysłu. Przypuszczam, że przynajmniej te trzy towarzyszą od samego początku życia – rozumianego tak filogenetycznie, jak ontogenetycznie – wszystkim istotom żywym i żyjącym w przeszłości. Do istot żywych (łac. organismi) dociera informacja z zewnątrz, dzięki czemu dowiadują się one o środowisku zewnętrznym tudzież kontaktują się z nim właśnie za pośrednictwem zmysłów. W naszym wypadku, w uproszczeniu, możemy mówić o pięciu różnych zmysłach: dotyku, węchu, smaku, wzroku i słuchu. Wszystkie one ewolucyjnie wyrastają z jednego zmysłu – z szeroko rozumianego dotyku, gdzie informacja z zewnątrz „styka się” z organizmem. Jest to dotyk fizyczny (nacisk), chemiczny (węch, smak) lub falowy (wzrok, słuch, dotyk termiczny z oddalonego źródła).
Docierająca do organizmu istotna dlań informacja spowodowała wykształcenie się receptorów jako „anten” do jej odbioru i narządów sensorycznych, które u różnych gatunków przybierały różne postaci. Niektóre z nich nam, ludziom, są znane (jak narządy i receptory zapachu, wzroku czy słuchu), inne natomiast – nieznane (np. elektroreceptory, magnetoreceptory, linia boczna, „wzrok” termiczny, narządy echolokacji) lub znane w szczątkowej postaci (narząd przylemieszowy). Wraz z pojawieniem się receptorów zaczęły się stopniowo kształtować układy zmysłowe, złożone docelowo z: 1) receptorów, czyli komórek czuciowych; 2) nerwów prowadzących do czaszki i/lub rdzenia oraz 3) określonych ośrodków mózgowych. Dlaczego wykształciły się tego typu układy? Moim zdaniem informacja przydatna do życia musiała być gdzieś gromadzona, więc – po stopniowym zastępowaniu humoralnych rozlewisk informacyjnych[1] przez nieporównanie szybsze ścieżki neuronalne – owe „prymitywne układy” zmysłowe stały się impulsem do sukcesywnego powstawania centrali nerwowej, czyli mózgu.
Odebrana z zewnątrz informacja składa się z wrażeń, czyli z najmniejszych jednostek informacji zmysłowej, takich jak wrażenie ciepła (lub zimna), wrażenie dużej (lub małej) intensywności ciepła, wrażenie określonego koloru, wrażenie lekkości (lub ciężkości), wrażenie bliskości (lub oddalenia) sygnału itp. Wrażenia są integrowane przez układ umysł–mózg, w związku z czym powstaje nowa sensoryczna jakość emergentna zwana spostrzeżeniem zmysłowym. Tu można by wskazać spostrzeżenia proste, pochodzące od jednego zmysłu (np. słuchu: głośność, natężenie, wysokość i barwa drgań fal dźwiękowych), oraz spostrzeżenia złożone, pochodzące od wielu zmysłów i odbierane niemal jednocześnie (np. od wzroku, słuchu, węchu, dotyku fizycznego). Zastrzeżenie niemal jednocześnie wzięło się stąd, że czas docierania informacji – na tym etapie jako impulsów – jest różny (czasami są to różnice setnych części sekundy), ponieważ ścieżki od receptora do ośrodka w mózgu są różnej długości. Mimo tych nanosekundowych różnic umysł integruje wszystkie wrażenia w jedną emergentną całość zwaną spostrzeżeniem zmysłowym.
Najważniejsze dla nas są spostrzeżenia wzrokowe, niosą one bowiem najwięcej różnorodnej informacji o świecie zewnętrznym. Dlatego wysunięcie się wzroku na plan pierwszy w rozwoju filogenetycznym można uważać za pierwszy krok niektórych naczelnych ku uczłowieczeniu.
Wyobraźnia
Wraz z pojawieniem się umysłu (a umysł w najprymitywniejszej formie pojawił się razem z życiem, ani dnia później!) możemy mówić o wewnętrznej rzeczywistości, tzn. o odbiciu tej zewnętrznej w umyśle[2]. De facto żyjemy w dwóch światach: tym zewnętrznym, obiektywnie istniejącym, będącym poza nami, i tym wewnętrznym, subiektywnym, będącym w nas i utożsamianym z nami (z naszym umysłem). Tworzenie własnej rzeczywistości (subiektywnych bytów, obrazów, wydarzeń, wartości itd.) głównie na podstawie wcześniejszych spostrzeżeń to zadanie dla wyobraźni jako kolejnej, po omawianej przed chwilą percepcji sensorycznej, predyspozycji mentalnej. Mój świat wewnętrzny nie jest tożsamy z twoim, a twój świat z jej lub jego. Można by przeto rzec, że tyle jest światów wewnętrznych, ile jest umysłów i współtworzących je wyobraźni.
W wyobraźni znajdują się nie tylko odbicia bytów i zjawisk obiektywnych, lecz także jej własne twory. Te ostatnie mogą być intencjonalne (cała literatura, teatr i film na nich stoją) bądź nieintencjonalne, najczęściej bezmyślnie przejęte od innych (np. zjawy, złe duchy, cuda łamiące prawa natury, teorie spiskowe). Dlatego możemy mówić o zdrowej lub chorej wyobraźni, mając na myśli, w wypadku tej drugiej, wszystko, co absurdalne, a co przez umysł jest niestety akceptowane.
Pomijając przypadki tej chorej, zadaniem wyobraźni jest wspieranie zmysłów i innych predyspozycji w odtwarzaniu rzeczywistości obiektywnej, a także tworzenie własnej, subiektywnej, niezbędnej nam do życia. Odgrywa ona znaczącą rolę w poznawaniu i rozumieniu świata przez jego rekonstrukcję w naszym umyśle. Nie do przecenienia jest jej rola w twórczości artystycznej czy jakiejkolwiek innej (fikcja literacka, tworzenie wizerunku, wizualizacja problemów). Wyobraźnia ma swój udział także w tworzeniu abstraktów – pojęć i nazw ogólnych. Nie ma bowiem de facto takich bytów jak, dajmy na to, człowiek, są natomiast byty jednostkowe (Jan Kowalski, Anna Nowak, Barack Obama).
Wyobraźnia jako akt to wyobrażanie (sobie czegoś), natomiast wyobraźnia jako stan to wyobrażenie (wyobrażenia).
Wyobraźnia jest kolejną predyspozycją, którą współdzielimy ze zwierzętami, mimo że nasza różni się od zwierzęcej tym, że jest intencjonalnie twórcza i nastawiona na budowanie alternatywnych światów, z którymi mamy do czynienia we wszystkich przejawach kultury – sztuce, religii, nauce, filozofii, technice (wynalazczości), polityce – czy choćby w codziennym życiu (fantazje, marzenia, wizualizacje zadań).
Inteligencja
Inteligencja, jako zdolność rozwiązywania w miarę szybko i trafnie problemów życiowych, jest jedną z najstarszych predyspozycji wszelkich organizmów. Znana jest już bakteriom, a nawet wirusom, których przynależności do świata istot żywych nie jesteśmy pewni. Stanowi ona motor ewolucji, największą bowiem szansę przetrwania, wydania potomstwa czy adaptacji do trudnych warunków środowiska mają najinteligentniejsze osobniki. Inteligencja pozwala ludziom i zwierzętom m.in. rozpoznawać zmienione środowisko, przystosowywać się do otoczenia, posługiwać się własnym i ewentualnie cudzym doświadczeniem, wybierać optymalnego partnera jako rodzica przyszłego potomstwa, angażować się emocjonalnie, pozbywać się stresu, współpracować z innymi osobnikami tudzież innymi gatunkami, planować, przewidywać skutki określonych działań, uczyć się od pobratymców, wyciągać wnioski, a nawet bawić się. Inteligencja każe się troszczyć o siebie i swoje potomstwo, w dalszej kolejności – o swoich krewnych i znajomych ze stada czy wspólnoty. Wspiera też altruizm, czyli orientację na dobro drugiej osoby, lub choćby tylko umacnia relacje wzajemnych zobowiązań, wychodząc z założenia, że druga strona w przyszłości odwzajemni się za obecną przysługę.
Inteligencję znaną zarówno nam, jak i zwierzętom nazywa się inteligencją praktyczną, ponieważ pomaga ona rozwiązywać życiowe (praktyczne) problemy. Oprócz niej jest jeszcze inteligencja teoretyczna, a właściwie inteligencja poziomu nous, znana tylko ludziom. Efektem działania tej inteligencji są m.in. odkrycia naukowe, dzieła artystyczne czy systemy filozoficzne.
Czasami, za Howardem Gardnerem, mówi się o inteligencjach wielorakich (językowej, matematycznej, ruchowej, muzycznej itd.). Moim zdaniem są to zdolności nabyte podczas filogenezy bądź ontogenezy, często wyuczone. Idąc śladem Gardnera, można by mnożyć inteligencje w nieskończoność (pedagogiczna, cyfrowa, techniczna, religijna, etyczna, taneczna, towarzyska, przywódcza, ludyczna, szachowa itp.). Krytyczny jestem także wobec pomiarów inteligencji (testów IQ), które, jak się wydaje, niewiele nam mówią o rzeczywistej inteligencji.
Emocjonalność, nastrój i emocje
Jedną z ważniejszych predyspozycji umysłu jest emocjonalność, czyli zdolność reagowania na korzystną lub niekorzystną dla istoty żywej zmianę. Emocjonalność towarzyszy właściwie wszystkim czterem poziomom mentalnym, przy czym w całej swej krasie ujawnia się dopiero na poziomie animalnym.
Zanim poświęcę jej więcej czasu, przypomnę, że emocjonalność, jak każda inna predyspozycja, może być również aktem (emocjonalnością w działaniu, czyli przeżywaniem, doznawaniem) oraz stanem emocjonalnym (a dokładniej: stanem emocjonalności), to znaczy efektem przeżywania.
Z emocjami na dobrą sprawę mamy do czynienia dopiero na poziomie animalnym. Na poziomie vegetatio możemy co najwyżej mówić o nastroju, który gwoli ścisłości nie jest jeszcze właściwą emocją, lecz protoemocją. Nastrój jako stan wegetatywno-emotywny utrzymuje się znacznie dłużej niż emocja, aczkolwiek jest przez nas doznawany jako mniej gwałtowny niż ona. Jego przyczyną mogą być czynniki zarówno egzogenne, jak i endogenne (zbyt silne bodźce, brak możliwości zaspokojenia swoich potrzeb, niewłaściwy pokarm, zaburzenia w funkcjonowaniu organów wewnętrznych, rozwijająca się choroba, a nawet chore myśli). Bywa on przyjemny (nazywamy go wówczas eutymią), co przejawia się jako zadowolenie, błogość, spokój, uczucie dosytu, ulga, bądź nieprzyjemny, ujawniający się jako przygnębienie, odrętwienie, ból, cierpienie, inercja, marazm, gnuśność, depresja. Taki obniżony nastrój, szczególnie gdy trwa przez dłuższy czas, nazywa się dystymią. Nastrój towarzyszy nam bezustannie, chyba że jest zakłócany przez mniej lub bardziej intensywne emocje. Na poziomie biologicznym wiąże się on z hormonami, te zaś, jak wiemy, odpowiadają za wszelkie aspekty fizjologiczne (wzrost, rozwój, poruszanie się, trawienie, oddychanie, metabolizm, popęd seksualny, rozrodczość, starzenie się itd.). Jest to, jak to zwykle w przyrodzie bywa, oddziaływanie obustronne, co oznacza, że wydzielane hormony wpływają na nastrój, a nastrój – na wydzielanie się hormonów. W środowisku zewnętrznym bez przerwy towarzyszy nam jakaś pogoda. Rolę takiej wewnętrznej pogody (bądź niepogody) odgrywają nastrój i emocje. Dzięki pogodzie orientujemy się, jakie warunki panują na zewnątrz, nastrój tymczasem podpowiada nam (o ile potrafimy to dostrzec!), co dzieje się wewnątrz tak organizmu, jak umysłu. Warto się w niego wsłuchiwać, jeśli zależy nam na dobrostanie zwanym zdrowiem. Wydaje się, że powiadamianie o stanie naszego szerzej rozumianego wnętrza – od organizmu po umysł – to jedno z najważniejszych jego zadań.
Kiedy ewolucja osiągnęła wyższy od wegetatywnego poziom animy, zmieniła się także emocjonalność. Dopiero teraz można mówić o właściwych emocjach. Zdominowały one do tego stopnia animosferę, że bywa ona z nimi nierzadko utożsamiana. Emocje są względnie krótkotrwałymi zmianami przeżyć podmiotu (czyli umysłu) pod wpływem określonego lub bliżej nieokreślonego przedmiotu, jakim mogą być rzecz, osobnik lub osoba. Pomijając sytuacje eksperymentalne (jak drażnienie układu limbicznego przez czaszkę), przedmiotem emocji bywa najczęściej konkretny sprawca, do którego trzeba się ustosunkować (walczyć z nim, polubić go, zlekceważyć, podchodzić doń z ograniczonym zaufaniem, uciekać przed nim itd.). Emocje zawsze naruszają dotychczasowy stan umysłu. Emocje jako kontynuacja nastroju, również są metaforyczną pogodą umysłu, a więc mogą być słoneczne (radość, wesołość, rozkosz, zadowolenie, uciecha), pochmurne (smutek, przygnębienie, niepokój, strach), burzliwe (gniew, złość, zdenerwowanie) lub szarugowe, paskudne (wstręt, odraza). Te, które nam służą, nazywamy emocjami pozytywnymi, natomiast te, które nam szkodzą – emocjami negatywnymi. Taki podział jest podziałem wartościującym, dlatego jeśli chcemy uniknąć wartościowania, możemy mówić o emocjach jasnych (jak radość, rozkosz czy zachwyt) oraz ciemnych (jak gniew, strach czy odraza). Emocje różnią się także natężeniem. Te umiarkowane nazywamy afekcją (wzruszeniem), silne tymczasem – ekscytacją (podnieceniem). Każda z nich może być dodatnia lub ujemna, dlatego z ich skrzyżowania otrzymujemy skalę stanów emocjonalnych in plus o ekspresji dodatniej podstawowej (nastrój przyjemny), umiarkowanej (afekcja pozytywna) lub silnej (ekscytacja pozytywna) bądź in minus o ekspresji ujemnej podstawowej (nastrój nieprzyjemny), umiarkowanej (afekcja negatywna) lub silnej (ekscytacja negatywna).
Afekcja przebiega według stałego schematu: nagły początek, szczyt afekcji i stopniowe jej opadanie, po którym następuje nastrój postafektywny o takiej samej wartości, co ona (pozytywny/przyjemny, negatywny/nieprzyjemny). Dopiero po pewnym czasie może się zmienić jego wartość – wtedy nastrój przechodzi, na przykład pod wpływem kolejnej emocji, z nieprzyjemnego w przyjemny lub odwrotnie. Czynniki wzbudzające emocje afektywne znajdują się zazwyczaj na zewnątrz, w środowisku, rzadziej natomiast są to przyczyny wewnątrzumysłowe wywołane, dajmy na to, przywołaniem traumatycznych przeżyć. Te ostatnie, endogenne, charakteryzują zwłaszcza człowieka i ewentualnie inne ssaki wyższe. Afekcji towarzyszą zmiany behawioralne, takie jak znaczne pobudzenie, wydawanie „nietypowych” odgłosów, zmiany postawy ciała i mimiki czy pojawienie się gestykulacji, jak również zmiany fizjologiczne (przyspieszone bicie serca, szybsze oddychanie, jeżenie się włosów na skórze, wstrzymanie procesów trawiennych, potrzeba wydalania moczu i kału). Najczęściej są to czynności niekontrolowane lub jedynie częściowo kontrolowane, wiążą się one bowiem z układem limbicznym, trudnym do nadzoru. Zewnętrzne oznaki afekcji stanowią czytelne sygnały komunikacyjne dla pobratymców, a nawet dla innych gatunków. W uzewnętrznianych emocjach kryją się podstawy naszego protojęzyka, później zaś języka.
To wszystko, co powiedziałem wyżej o wzruszeniu, odnosi się również do ekscytacji, która na dobrą sprawę także jest afekcją, tylko że silniejszą, wywołaną na przykład intensywniejszymi przeżyciami czy bodźcami.
Biologicznie emocje wiążą się z gospodarką hormonalną. I tutaj można mówić o behawioralno-fizjologiczno-emotywnym trójkącie (stres, hormony, emocje) oraz o oddziaływaniu obustronnym (stres powoduje wyrzut określonych hormonów tudzież wywołuje konkretne emocje i vice versa: podsycane emocje zwiększają stres, powodując wyrzut hormonów). Inaczej procesy te przebiegają zazwyczaj u zwierząt, a inaczej u ludzi, gdzie w większym stopniu mogą być kontrolowane przez wyższe poziomy mentalne. Emocje są dla nas niezwykle istotne. Ułatwiają nam przystosowanie się do środowiska i reakcje na jego warunki, a także sprzyjają tworzeniu bądź autodestrukcji. Jeśli nawet nie wszystko, to na pewno wiele zależy od nas samych. To my podejmujemy decyzję, do czego wykorzystamy emocje, i doskonalimy umiejętność właściwego zapanowania nad nimi wtedy, kiedy trzeba.
Uczucia
Emocjonalność na poziomie wegetatywnym realizuje się jako nastrój, na poziomie animalnym – jako emocje, natomiast na poziomie psychicznym – jako uczucia. Można wskazać wiele różnic między emocjami a uczuciami, mimo że dość często są mylone. Po pierwsze, uczucia kształtują się przez dłuższy czas i trwają dłużej, niekiedy przez całe życie danej osoby (danego osobnika). Po drugie, są „średnią arytmetyczną” wszystkich chwil, zwłaszcza tych emocjonujących, jakie łączyły w przeszłości i nadal łączą obie strony – podmiot oraz przedmiot uczucia – ze zdecydowaną przewagą emocji pozytywnych (jeśli jest to uczucie pozytywne, np. miłość) lub negatywnych (w wypadku uczucia negatywnego typu nienawiść). Po trzecie, uczucie jest wielopoziomową relacją i wieloobszarowym powiązaniem niemal wszystkich predyspozycji mentalnych, a więc oprócz emocjonalności – zmysłów (wzroku, słuchu, węchu), w naszym zaś przypadku ponadto wolnej woli, intuicji, rozumu czy świadomości. Takie utrwalone relacje nazywamy więziami wspólnotowymi (rodzinnymi, koleżeńskimi, sąsiedzkimi, zawodowymi, narodowymi itd.). Niektóre z tych więzi są znane również zwierzętom wyższym, niemniej nie w takiej różnorodności i wielości powiązań, jak ma to miejsce u ludzi.
Uczucia, podobnie jak emocje, mogą być pozytywne lub negatywne. Uczucie pozytywne mamy prawo utożsamić z szeroko rozumianą miłością, czyli uczuciową więzią między bytami, w szczególności między osobami, której celem jest długotrwałe czynienie dobra. Przyjrzyjmy się teraz z bliska kilku jej kręgom. Krąg pierwszy stanowi miłość rodzinna (rodzicielska, dzieci do rodziców, braterska, siostrzana, babcina, dziadkowa i każda inna dotycząca określonych krewnych). To miłość do osób spokrewnionych stanowiących wspólnotę genetyczną. Miłości tej – a pośrednio wszelkiej innej – uczymy się przede wszystkim w naszym rodzinnym domu. Kto nie miał szczęścia tam się jej nauczyć, będzie te braki prawdopodobnie odczuwał i nadrabiał przez całe życie. Drugim kręgiem jest miłość partnerska, realizowana w związkach małżeńskich, partnerskich, konkubenckich, narzeczeńskich i im podobnych. Tutaj dochodzi dodatkowy element – intymność (łącznie z erotyką i pożyciem seksualnym). Miłość ta wymaga obustronnego zaangażowania. Sprawdzianem jej dojrzałości jest wierność. Innymi słowy, wierni sobie są ludzie uczuciowo dojrzali, niedojrzali tymczasem nierzadko zdradzają, gdy nadarza się ku temu okazja. Trzeci krąg stanowi miłość przyjacielska, konkretyzowana w rozmaitych odcieniach i różnych natężeniach, jako przyjaźń (przede wszystkim), koleżeństwo, dobrosąsiedztwo czy bezkonfliktowa znajomość. Podstawą tej miłości jest wspólnota niegenetyczna (np. wspólne losy, wspólne potrzeby, wspólne interesy, wspólne terytorium), w tym szczególnie cenna wspólnota duchowa (wspólne przekonania światopoglądowe, wspólne zainteresowania).
Wszystkie wspomniane wyżej miłości zakładają dwustronną relację ja–ty. Zdarzają się też silne więzi uczuciowe między człowiekiem a zwierzęciem. I one należą do dwustronnych relacji, ale tym razem do typu ja–ono. Oprócz tych relacji są również relacje jednostronne, tworzące więzi z przedmiotami (mój dom, moje książki) lub zainteresowaniami (moja praca, moje hobby). Tutaj na uwagę zasługuje przede wszystkim pasja jako silne zaangażowanie całego umysłu w wykonywaną pracę. Również pasję mamy prawo nazwać miłością.
Przeciwną wartość mają uczucia negatywne, np. nienawiść, wrogość. Wydaje się, że wszystkie uczucia negatywne mają swój początek w lęku jako uczuciu zagrożenia związanego z przewlekłym stresem.
Postawa wolitywno-emocjonalna
Umysłowi ludzkiemu są znane wszystkie przejawy emocjonalności (nastrój, emocje, uczucia), niemniej specyficzną wyłącznie dla noosfery emocjonalnością jest postawa wolitywno-emocjonalna, czyli ustosunkowanie się podmiotu (umysłu) do przedmiotu (np. do osoby, sądu, zdarzenia), mające swoje źródło zarówno w emocjach czy uczuciach, jak i wolnej woli. Podobnie jak to było w wypadku emocji i uczuć, które mogły być pozytywne lub negatywne, również tutaj mamy do czynienia z postawą konstruktywną, rozwijającą się od sympatii w kierunku empatii, oraz postawą destruktywną, od apatii aż po antypatię. Sympatia jest predyspozycją świadomego umysłu polegającą na życzliwym nastawieniu do przedmiotu, którego ów umysł doświadcza, który poznaje itp. Opiera się ona na pozytywnych emocjach do tego przedmiotu i na dobrej woli. Bardziej radykalną postawą in plus jest empatia, czyli predyspozycja do wczuwania się w położenie drugiej osoby bądź w przedmiot doświadczania lub poznawania. Również ona opiera się na dobrej woli i emocjach zdecydowanie pozytywnych. Efektem postawy konstruktywnej jest tolerancja, czyli szacunek dla inności, odmienności. To akceptacja indywidualności i zgoda na różnorodność, która koniec końców okazuje się twórcza w prawidłowo działających systemach społecznych. Tolerancja służy dobru moralnemu. Jednakże od tolerancji należy odróżniać tolerancję negatywną, to znaczy przyzwolenie na złe zachowania (czyny, słowa, myśli), które nie służą pomnażaniu i wzmacnianiu dobra moralnego. Przykładem złej tolerancji może być pobłażanie wobec drobnych kradzieży albo cicha akceptacja korupcji i oszustw.
Umiarkowaną postawą destruktywną jest apatia, czyli niewspółczucie, predyspozycja do obojętnego lub nieznacznie negatywnego nastawienia emocjonalnego, które opiera się na nieprzychylnej woli tworzącej emocjonalny dystans między podmiotem a przedmiotem. Efektem apatii jest m.in. niechęć lub obojętność wobec kogoś (czegoś) bądź brak świadomego zainteresowania. Przejawiać się ona może jako nietolerancja, czyli awersja do odmienności (światopoglądowej, kulturowej, religijnej, politycznej, rasowej itp.). Przykładami nietolerancji mogą być segregacja rasowa, antysemityzm werbalny czy lekceważenie okazywane osobom niepełnosprawnym i starszym.
Biegunowo niekorzystna jest antypatia jako predyspozycja umysłu do zdecydowanie negatywnego nastawiania emocjonalnego, opierająca się na złej woli, która w ten sposób tworzy przepaść między podmiotem a przedmiotem. Jej emocjonalnym efektem jest m.in. nienawiść do kogoś lub czegoś. Ona również bywa przejawem nietolerancji, ale by ją odróżnić od poprzedniej, łagodnej, można ją nazwać nietolerancją agresywną, w praktyce przybierającą postać walki z odmiennością rasową lub jakąkolwiek inną. Przykładami takiej nietolerancji były prawa Jima Crowa, kulturkampf Ottona von Bismarcka czy apartheid.
Wola i wolna wola
Powszechnie przyjmuje się, że na podstawie przyczyny można przewidzieć skutek. Moim zdaniem, przynajmniej tam, gdzie mamy do czynienia z życiem i jego szczególnym przejawem zwanym świadomością, czyli z wolą i/lub wolną wolą, nie jest możliwe, by na podstawie samej ewentualnej przyczyny zawsze trafnie wskazać skutek jakiegoś wydarzenia. Krótko mówiąc, post factum można wskazać i przyczynę, i skutek, jednakże ante factum nie zawsze można przewidzieć skutek, a co najwyżej można próbować go przewidywać.
Jedną z predyspozycji umysłowych znaną wszystkim istotom żywym jest nieświadoma wola życia, zwana też niekiedy potrzebą życia (Schopenhauer) albo pragnieniem przetrwania, instynktem życia. Z tą wolą współgra wola samorozwoju tak bardzo, że często obie są utożsamiane. Są one przejawem szerzej rozumianej woli, czyli wewnętrznego nieświadomego lub (później, na etapie nous) świadomego imperatywu (nakazu) działania podmiotu.
Nieświadomej woli nie należy mylić ze świadomą wolną wolą. Tę pierwszą determinują imperatywy biologiczne, jest więc ze swej natury zależna („niewolna”). Na niższych poziomach mentalnych (vegetatio, anima, psyche) określa się ją różnie: jako potrzebę, popęd, instynkt (m.in. Z. Freud), ruch instynktowny (W. Wundt), natomiast w wypadku bardzo prostych zachowań – odruch bezwarunkowy (I. Pawłow).
Na poziomie nous pojawia kolejna metamorfoza woli – wolna wola jako predyspozycja świadomego umysłu m.in. do podejmowania własnych, wolnych decyzji, do wyboru wartości oraz niezależnych działań, do dążenia w kierunku wytyczonego przez siebie celu. Pierwotnie, podobnie jak inne predyspozycje noosfery, jest ona wrodzona w formie latentnej, a następnie kształtowana przez podmiot podczas rozwoju intelektualno-duchowego. Nie dostajemy jej więc gotowej, podanej na talerzu, co ma miejsce choćby z wolą życia, ale jak każdy rozwój duchowy wymaga ona z naszej strony wysiłku i determinacji. Efektem wolnej woli jest wolność, w tym wolność myślenia, głoszenia własnych poglądów, działania, tworzenia relacji interpersonalnych, podejmowania decyzji itp. Wolna wola to najbardziej esencjonalna predyspozycja umysłu ludzkiego, rzec by można – najgłębiej ludzka predyspozycja. Dojrzała wolna wola jawi się przede wszystkim jako silna wola, wolna od dyktatu instynktów, emocji, złych nawyków czy zachcianek.
Wolna wola może przejawiać się jako zła wola, kiedy wspiera zło moralne, lub jako dobra wola, gdy stanowi świadome działanie człowieka (m.in. podejmowanie decyzji, wybór wartości), które z założenia ma służyć dobru moralnemu lub przynajmniej zapobiegać złu moralnemu. Warto na koniec podkreślić, że prawdziwie wolną wolę budujemy na silnej i dobrej woli.
Intuicja
Cechą charakterystyczną umysłu ludzkiego jest intuicja jako predyspozycja do pozazmysłowego spostrzegania faktów esencjalnych, które tworzą ejdetyczny wymiar bytu i rzeczywistości. Dostęp do tych faktów może być utrudniony lub nawet niemożliwy z powodu niewłaściwej postawy wolitywno-emocjonalnej. Intuicja może mieć charakter ewolucyjny (przeczucie, efekt aha!) bądź rewolucyjny (nagłe olśnienie, eureka!).
Intuicja towarzyszy nam wszystkim codziennie, aczkolwiek nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. To uświadomienie sobie nieznanej nam dotychczas, aczkolwiek przeczuwanej myśli, która pomaga rozwiązać określony życiowy problem. Kiedy po raz pierwszy mamy do czynienia z jakimś narzędziem i domyślamy się, do czego ono służy oraz jak go użyć – to właśnie intuicja. W rozszyfrowywaniu czyjegoś niewyraźnego pisma też pomaga nam intuicja. Ten jej rodzaj nazywamy intuicją praktyczną. Mimo że intuicja jest predyspozycją wyłącznie ludzką, może mieć ona zwierzęce korzenie, np. w mowie ciała, znanej również zwierzętom, oraz w kreatywności, która jest jednym z efektów intuicyjności. Oczywiście na zwierzęcym etapie rozwoju jest ona prawdopodobnie protointuicją, tzn. czymś w rodzaju zapowiedzi spostrzeżeń intuicyjnych.
O wiele ciekawsza wydaje się intuicja teoretyczna, kognitywna, związana z poznawaniem rzeczywistości. Jest ona mniej lub bardziej niespodziewanym uświadomieniem sobie nieznanej nam dotychczas myśli, pomagającej rozwiązać jakiś problem teoretyczny (np. naukowy, filozoficzny lub twórczy) na poziomie przeczucia lub olśnienia. Przykładem takiej intuicji na poziomie przeczucia może być przypuszczenie Darwina, że kolebką rodzaju Homo jest Afryka (za tę intuicję należy mu się kufel guinnessa), natomiast na poziomie olśnienia – nagłe rozwiązanie przez Alfreda Russela Wallace’a podczas męczącej go tropikalnej gorączki tajemnicy powstawania gatunków. Szczególnym przypadkiem intuicji teoretycznej jest intuicja wiedzotwórcza, która prowadzi m.in. do odkryć naukowych. Kreatywny umysł-intelekt, nieustannie ciekawy świata, stara się rozwiązywać po kolei jego zagadki. Gdy nie znajdzie on jakiegoś rozwiązania od razu, powstaje w nim napięcie (stres intelektualny), który, jak każdy inny stres, powinien być przezwyciężony. Dlatego umysł szuka rozwiązania w zasobach świadomej pamięci, a jeśli tam go nie znajduje, sięga po zasoby podświadomości, na ogół mniej skrępowanej błędami poznawczo-asocjacyjnymi. Powinien to być umysł przygotowany do odkrycia intuicyjnego, czyli posiadający wystarczający zasób wiedzy towarzyszącej danemu tematowi. Czasami rozwiązanie przychodzi dopiero po latach, nagle, kiedy zadziała prawidłowe skojarzenie albo zdobędziemy niezbędną wiedzę wspierającą odkrycie. Historia nauki zna mnóstwo takich „nieprzypadkowych przypadków”, o czym szerzej będzie mowa w części lazurowej idei, w rozważaniach epistemologicznych.
Cała nasza wiedza, z naukową włącznie, opiera się na panintuicji, czyli fundamentalnym przeczuciu, że rzeczywistość jest logiczna i rządzi się niezmiennymi prawami przyrody, dlatego też, stojąc na gruncie logiki tudzież dostępnych faktów, można ją poznawać i opisywać językiem m.in. logiczno-matematycznym. Owa panintuicja jest właściwie wiarą, ale racjonalną, jakże różną od wiary irracjonalnej, która co rusz wiedzie nas na manowce.
Rozum
Rozum jest tak ważną cechą umysłu, że często bywa z nim utożsamiany. Pamiętajmy jednak, że to jedna z jego cech, nie zaś cały nasz umysł.
Rozum najkrócej można by zdefiniować jako racjonalność albo zdolność do myślenia logicznego. Jest on predyspozycją intelektu, czyli umysłu ludzkiego, do myślenia logicznego, które polega m.in. na wyszukiwaniu związków przyczynowo-skutkowych, korygowaniu spostrzeżeń zmysłowych oraz intuicyjnych, budowaniu abstrakcyjnych modeli, poznawaniu, poszukiwaniu sensu i celu bytu na najwyższym jego poziomie ontycznym. Myślenie logiczne przejawia się też w innych czynnościach intelektualnych opartych na prawach logiki tudzież analizie posiadanych informacji (bądź doświadczenia, wiedzy o faktach). Rozum w akcji to rozumowanie, czyli myślenie logiczne. Natomiast rozum jako stan to zrozumienie (określony poziom zrozumienia).
Umysł zwierzęcy i czasami ludzki (np. u małych dzieci, których potrzeby na najwcześniejszym etapie życia domagają się bezwarunkowego zaspokojenia) jest subiektocentryczny (podmiotocentryczny), z trudem jeszcze wykraczający poza własny punkt widzenia. Skupia się on wówczas głównie na sobie (egocentryzm). Inaczej rzecz wygląda w wypadku umysłu na poziomie nous, który potrafi przekroczyć granice subiektocentryczności i wspiąć się dzięki empatii na poziom obiektocentryzmu, czyli oderwać się od siebie i skupić się na przedmiocie spostrzeżenia czy doświadczania.
Umysł rozumny powinien opierać się zarówno na logice, jak i na faktach. Myślenie wsparte na tych dwóch filarach nazywamy myśleniem faktologicznym, różniącym się zasadniczo od myślenia mitologicznego, o którym będzie mowa w części epistemologicznej lazurowej idei. Czasami myślenie opiera się tylko na logice, nie licząc się z faktami albo nie mając do nich dostępu. Wówczas przybiera ono postać spekulacji. Systemy filozoficzne w okresie przednaukowym często bywały spekulatywne, nadal jest to zresztą w mniejszym lub większym stopniu charakterystyczne dla filozofii. Od czasów Galileusza i Newtona myślenie spekulatywne zaczęło jednak ustępować myśleniu faktologicznemu, gdzie oprócz matematyki liczyły się fakty uzyskiwane dzięki obserwacji, eksperymentom oraz intuicji.
Wyłonienie się rozumu u człowieka wiążemy z nabyciem umiejętności wymiany myśli, co stało się możliwe dopiero po wykształceniu się języka na poziomie mowy. Pojawienie się pisma, a później umiejętności jego zwielokrotniania (czyli druku) znacząco zwiększyło możliwość dzielenia się myślami.
Rozsądek
Rozsądek jest cechą pokrewną rozumowi, niemniej nie można ich utożsamiać. Jest on predyspozycją umysłu ludzkiego do oceniania i wydawania sądów krytycznych, dotyczących spostrzeżeń zmysłowych i intuicyjnych, decyzji, poznawania, rozumowania itp. – na podstawie logiki i posiadanej w danej chwili znajomości faktów. Krótko mówiąc, jest to zdolność obiektywnego lub w miarę możliwości obiektywnego oceniania informacji. Aktywność rozsądku nazywamy osądzaniem, a jej wynik – osądem.
Każdy z nas ciągle wydaje sądy, czyli opinie na różne tematy. Mogą to być – w zależności od naszych możliwości poznawczych i dostępnych faktów – sądy prawdziwe (zgodne z rzeczywistością), prawdopodobne (wyglądające na zgodne z rzeczywistością) lub fałszywe (niezgodne z rzeczywistością). Czasami trudno ocenić wartość sądu, dlatego powinniśmy poddać go krytyce, czyli obiektywnej lub w miarę naszych możliwości obiektywnej ocenie. Dopiero taki osąd (sąd krytyczny) może być wartościowy i wnosić coś nowego do poznawania rzeczywistości. Powinno się natomiast unikać sądów bezkrytycznych – przesądów i innych irracjonalnych przekonań prowadzących na manowce.
Rozsądku nie należy mylić ze zdrowym rozsądkiem będącym predyspozycją umysłu do oceniania i akceptowania spostrzeżeń, decyzji, zachowań, postaw, a przede wszystkim sądów. Zdrowy rozsądek ocenia w zgodzie nie tyle z obiektywnym stanem rzeczy, ile z przekonaniami większości ludzi bądź uznawanych autorytetów, które kształtują opinię publiczną w danym momencie i miejscu historycznym. Często odwołuje się on do oczywistości spostrzeżeń zmysłowych.
Nierzadko zdarza się, że jakaś nowo odkryta, szokująca w pierwszej chwili prawda o rzeczywistości wygląda na sprzeczną ze zdrowym rozsądkiem, później natomiast, po jej upowszechnieniu, staje się elementem zdroworozsądkowego myślenia.
Sumienie
Sumienie, mimo że należy do najważniejszych predyspozycji intelektualno-duchowych, rzadko kiedy jest przedmiotem badań naukowych, a ostatnio nawet rozważań filozoficznych. Naukowcy czują się jakby zakłopotani jego rzekomo „nieziemską” naturą, dlatego milcząco oddali ten teren walkowerem teologom, filozofom i moralistom.
Sumienie jest zdolnością umysłu ludzkiego do oceniania naszego własnego postępowania w kategoriach moralnych i orzekania, co w tym postępowaniu jest dobre, a co złe. Wciąż oceniamy innych ludzi, także pod względem moralnym, i to samo robimy (lub powinniśmy robić) w odniesieniu do siebie.
Robimy lub powinniśmy robić… To kwestia dojrzałości sumienia. Przychodzimy na świat z sumieniem latentnym, to znaczy takim, które dzięki pomocy wychowawców, zwłaszcza rodziców i najbliższych, powinniśmy rozwinąć, a później – po osiągnięciu wystarczającego dla samorozwoju etapu – sami nadal rozwijać. Dopiero gdy przejmiemy stery, możemy mówić o sumieniu dojrzałym, czyli takim, dzięki któremu jesteśmy w stanie obiektywnie ocenić własne postępowanie pod względem moralnym i nieustannie zmieniać to postępowanie in plus, m.in. przez naprawienie krzywdy wyrządzonej przede wszystkim przez nas samych, ale również przez innych. Tutaj pod określeniem inni należy rozumieć głównie tych, którzy należą do naszej wspólnoty rodzinnej, narodowej, religijnej, światopoglądowej itp. Sumienie dojrzałe nie zaczyna od pytania, czy potrzebujący pomocy zawinił lub w jakim stopniu zawinił. Ono wie, że trzeba mu pomóc i basta. Osoba o dojrzałym sumieniu nierzadko ocenia sama siebie surowiej niż innych, nie szukając samousprawiedliwienia dla swoich występków. Znajduje ona ukojenie, gdy towarzyszy jej spokój sumienia, czyli moralny dobrostan. Kiedy natomiast postępuje niewłaściwie, nagannie czy niemoralnie, pojawiają się u niej wyrzuty sumienia jako niepokój moralny.
Kwestia sumienia ściśle wiąże się z problemami świadomości, dojrzałej lub niedojrzałej osobowości, moralności i autorytetu. Możemy mówić o dwóch rodzajach autorytetu: zewnętrznym oraz wewnętrznym. Autorytet zewnętrzny to osoba lub grupa osób ciesząca się naszym szczególnym szacunkiem i uznawana przez nas za wiarygodną. Możemy słuchać tego autorytetu, lecz tylko pod warunkiem, że jego opinie nie są sprzeczne z opiniami naszego własnego autorytetu wewnętrznego, jakim jest sumienie. Innymi słowy, to ono jest zawsze najważniejszym dla każdego z nas autorytetem moralnym.
Pozostał jeszcze problem sumienia niedojrzałego, czyli niezdolnego do obiektywnej oceny własnego postępowania pod względem moralnym. Może tu wprawdzie następować ocena zgodna z przyjętymi przez kogoś kryteriami zła i dobra moralnego, ale niestety takimi, które pozostają w konflikcie z kryteriami obiektywnymi. Z sumieniem niedojrzałym (i osobowością niedojrzałą) mamy do czynienia w wypadku hipokryzji, czyli znaczącej rozbieżności między głoszonymi ideami a postępowaniem.
Streszczenie rozdziału 6
Informacja
Co pojawiło się o Godzinie Zero-Zero, czyli na samym początku zaistnienia Wszechświata, i jest wszechobecne nadal? Najkrótsza odpowiedź brzmi: informacja. To ona była, jest i będzie na początku wszystkiego, co zaistniało, istnieje i w przyszłości zaistnieje. Nie ma jednak informacji w czystej postaci – zawsze przybiera ona jakąś formę, a tą formą jest energia. Dlatego można powiedzieć, że energia jest formą informacji i vice versa – informacja jest esencją energii. Dlatego nie sposób oddzielić informacji od energii ani odwrotnie.
Informacja ma sens wtedy i tylko wtedy, gdy istnieją jej nadawca oraz odbiorca. Jednym i/lub drugim może być tylko byt (czyli rzecz istniejąca), a zwłaszcza byt-system naturalny jako byt uprzywilejowany w całej rzeczywistości. To, co łączy każdy byt (każdy, bez żadnego wyjątku!) z innymi bytami, jest właśnie informacja, dlatego w lazurowej idei często używam metafory naczyń połączonych, obrazującej między innymi wymianę informacji.
Najbardziej interesuje mnie tutaj informacja, która dociera do istot żywych, w tym także do nas, ludzi. Do każdej takiej istoty dochodzi informacja rzeczywista (nazywamy ją po prostu informacją) oraz informacja latentna, nieujawniona. Tę drugą trzeba byłoby wziąć w cudzysłów, nie jest ona bowiem przez cokolwiek albo kogokolwiek odbierana, a jedynie – rzec by można – przepływa przez potencjalnego odbiorcę bez żadnych następstw. Fale (np. radiowe), które przez nas przechodzą, nic w nas (w naszym organizmie i umyśle) nie zmieniając, są taką „informacją”. Dla pszczoły zajętej zbieraniem nektaru docierająca do niej (jej narządu goleniowego) rozmowa dwóch pszczelarzy jest również informacją latentną.
Zwierzęta odbierają informację z zewnątrz za pomocą zmysłów. W wypadku zwierząt wyższych oraz ludzi jest to (bez wchodzenia w szczegóły i dalsze podziały) pięć zmysłów: dotyk, węch, smak, wzrok i słuch. Odebrana informacja jest przez te istoty przetwarzana i wykorzystywana dla własnego rozwoju, a niekiedy rozpadu. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że również jej odbiorcy przesyłają do środowiska informację o sobie. Ot, informacyjny system naczyń połączonych.
Jeśli chodzi o ludzi, dociera do nas informacja z zewnątrz, z zasobów informacji naturalnej (czyli tej przez nas nieprzetworzonej), z zasobów kultury (to ta, która przez nasz gatunek została wcześniej przetworzona), w tym także z jej zwerbalizowanych zasobów (zarejestrowanych w piśmie, obrazie, dźwięku itp.). Drugim ważnym źródłem informacji jest nasz własny umysł, z którego pochodzi informacja wewnętrzna (wewnątrzumysłowa). I tak samo informacja z naszego umysłu jest wysyłana do obszarów natury i kultury.
Dzięki wymianie informacji, w szczególności tej zwerbalizowanej („nie naszej osobistej”) oraz tej przez nas samych uzyskanej, rekonstruujemy (odtwarzamy) rzeczywistość, to znaczy poznajemy ją, starając się znaleźć obiektywne lub przynajmniej w miarę obiektywne odpowiedzi na pytania, jaka ona jest, czym jest itd.
Doświadczenie
Gdy mówimy o odbiorze informacji przez istotę żywą, mówimy de facto, że ta istota czegoś doświadcza. Doświadczanie to akt (w tym wypadku aktem jest nie tyle własne działanie, ile odbiór działania zewnętrznych i wewnętrznych czynników), natomiast doświadczenie to stan, czyli ślad, jaki zostawia po sobie doświadczanie. Doświadczamy m.in. bólu, fizycznego ucisku, zimna, obecności zapachów, kolorów, przyjemności, cierpienia, przemocy, lęku, bliskości, szczęścia, zrozumienia czy frustracji, a owo wszelkie doświadczanie kształtuje nasze doświadczenie, to znaczy stan posiadania zasobów percepcyjnych, emocjonalnych, intelektualnych, genetycznych itp. przez umysł. Ów stan posiadania to po prostu nasz kapitał mentalny.
Skupmy się na doświadczeniu ludzkim jako wszelkiej świadomej i nieświadomej informacji, która dotarła do nas w dowolnym czasie za pośrednictwem zmysłów lub która pojawiła się w umyśle i w jakimś sensie zmieniła jego stan posiadania. Doświadczenie pochodzi z dwóch źródeł: zewnętrznego, które dociera do nas przez zmysły, oraz wewnętrznego, z naszego własnego umysłu lub „umysłu gatunkowego”, jakim jest genotyp danej osoby. Korzystamy nie tylko z własnego doświadczenia, lecz również z doświadczenia zgromadzonego przez naszych ludzkich przodków, a nam przekazanych w dziełach kultury, zwłaszcza w formie zwerbalizowanej (zapisanej na papierze, taśmie filmowej i magnetofonowej, dyskach itp.). Owo niebezpośrednio „nasze” doświadczenie, będące czymś w rodzaju kulturowego gotowca, nazywamy doświadczeniem kulturowym (zob. diagram na s. 262). Innym gotowcem, tym razem genetycznym, jest doświadczenie wrodzone (genetyczne), przekazane nam w genach. Oba te rodzaje doświadczeń, jako że stanowią dorobek naszych przodków (wrodzone są dorobkiem wszystkich naszych przodków, łącznie z najodleglejszymi zwierzęcymi, kulturowe zaś są dorobkiem tylko ludzkich przodków), nazywamy łącznie doświadczeniem filogenetycznym.
Jak łatwo się domyślić, oprócz filogenetycznego jest też doświadczenie ontogenetyczne, czyli nasze osobiste, zdobyte przez nas samych, po prostu doświadczenie życiowe. I ono pochodzi z dwóch źródeł: zewnętrznego (zmysłowego) oraz wewnątrzumysłowego.
Pamięć
Umysł posiada szereg predyspozycji, czyli cech zwanych zdolnościami. Należy odróżniać predyspozycje od ich aktywacji, to znaczy od aktów (ujawnień się zdolności) oraz stanów (określonych poziomów ujawnienia się zdolności). Dotyczy to również pamięci, która może być rozumiana jako zdolność zapamiętywania/pamiętania (pamięć jako cecha), zapamiętywanie/pamiętanie (pamięć jako akt) bądź jako zapamiętanie (pamięć jako stan, potocznie pamięć).
Podobnie jak to ma miejsce w wypadku doświadczania i myślenia, pamiętanie jest możliwe dzięki temu, że dociera do nas informacja. Można by rzec, iż pamięć jest zgromadzoną informacją, wykorzystywaną przez gromadzący ją podmiot do własnych celów, zazwyczaj rozwojowych. Jeśli chodzi o ludzką pamięć, zewnętrzna (transsensoryczna) informacja pochodzi od wszystkich zmysłów, a zwłaszcza od tych dwóch – wzroku i słuchu – które odegrały ogromną rolę w ukształtowaniu się naszego języka, a następnie w wymianie myśli, która stworzyła nas, ludzi, i naszą kulturę. Dlatego nasza pamięć jest przede wszystkim pamięcią obrazów i dźwięków.
Bity informacyjne docierające do naszej świadomości zrazu są przechowywane w pamięci krótkotrwałej, ze swej natury ulotnej, gdzie goszczą kilka, kilkanaście sekund, po tym zaś czasie zanikają. Jeśli jest to znacząca dla nas informacja, zostaje przeniesiona do pamięci długotrwałej, czyli po prostu zostaje względnie trwale zapamiętana (utrwalona). Zapamiętaniu sprzyjają silne emocje, wszelkiego rodzaju skojarzenia (stąd ważna rola mnemotechniki w nauczaniu) oraz wielokrotne powtarzanie. Wszystko to służy powstaniu w miarę trwałej ścieżki elektrochemicznej (neuroprzekaźnikowej) w postaci śladu pamięciowego w mózgu. Zważywszy na niewyobrażalny ogrom połączeń synaptycznych (około tysiąca bilionów, tzn. kilka tysięcy więcej niż gwiazd w naszej Galaktyce), można przypuszczać, że każda myśl, każde pojęcie, każdy obraz itp. mają własną ścieżkę neuronalną powiązaną z innymi ścieżkami, w szczególności ze ścieżkami asocjatywnymi, tzn. podobnymi pod jakimś względem do danej ścieżki.
Uczymy się (czytaj: zapamiętujemy) przez całe życie. Proces uczenia się, aczkolwiek na początku całkowicie nieświadomy, zaczyna się już w okresie prenatalnym. Również w niemowlęctwie jest on nieświadomy. Pamięć z tego okresu przybiera postać wdrukowania (imprintingu) i jest ona 1) bezwzględnie trwała lub 2) względnie trwała, czyli taka, której skutki 2a) pozostają na całe życie (m.in. nauczenie się mówienia czy uśmiechania się) bądź też 2b) po skutecznym przepracowaniu mogą się cofnąć. Przede wszystkim negatywny imprinting (np. naruszenie cielesności dziecka w okresie przedświadomym czy wcześnie nabyta oziębłość emocjonalna wskutek braku pozytywnych kontaktów uczuciowych) powinien zostać przepracowany i przezwyciężony głównie dzięki psychoterapii i później tworzeniu dobrych więzi opartych na miłości i akceptacji.
Pamięć krótkotrwała, pamięć długotrwała oraz wdrukowanie tworzą razem pamięć nabytą, osobniczą, jednostkową. Nie jest to jednak jedyna pamięć wewnętrzna, z której korzysta każdy z gatunków biologicznych, w tym człowiek. Innym rodzajem pamięci wewnętrznej jest pamięć genetyczna, czyli pamięć wrodzona, otrzymana w toku rozwoju gatunku i poprzedzających go form. Dzięki genom całe nasze ciało, a także nasz umysł, wyposażony we wrodzone predyspozycje, stanowią pamięć naszego rozwoju filogenetycznego (rzec by można, że są jego namacalną historią). Niczego nie ma w nas, co nie stanowiłoby odbicia naszego szeroko rozumianego środowiska. Innymi słowy, jako byt jesteśmy odbiciem Wszechbytu (nie trzeba chyba dodawać, że odbiciem cząstkowym, niepełnym, ograniczonym do kilku poziomów Rzeczywistości).
W wypadku innych gatunków zwierzęcych i roślinnych pamięć genetyczna równa się pamięci filogenetycznej. U ludzi jest jednak inaczej, nasz gatunek może bowiem czerpać także z drugiego magazynu pamięci, którym są zasoby kultury ludzkiej, czyli to, co stworzył umysł Homo sapiens na przestrzeni dziejów. Dla każdego z nas jest to pamięć zewnętrzna, pozaorganiczna i pozaumysłowa, inaczej zwana pamięcią kulturową. Jeśli pamięć osobnicza została nazwana pamięcią nabytą, a pamięć genetyczna – pamięcią wrodzoną, to tę powinno się nazwać pamięcią do nabycia. Całą ciężką robotę gromadzenia i przetwarzania zasobów zdobytych informacji wykonały za nas poprzednie pokolenia, a my jak biesiadnicy zasiadamy do obficie zastawionego stołu i wybieramy potrawy, na które mamy ochotę[3].
W zewnętrznym magazynie pamięci, na który składają się zasoby kultury duchowej i materialnej, są przechowywane informacje oraz doświadczenia zarówno zwerbalizowane, jak i niezwerbalizowane. Zwłaszcza te zwerbalizowane stanowią próbę odpowiedzi na pytanie powierzchowne, które jest pytaniem o formę (jaki świat jest), oraz na pytania wgłębne o istotę świata: czym on jest, od kiedy jest, dlaczego jest itd. Korzystając z tego magazynu, nie musimy zaczynać poznawania świata ab ovo, jak to ma miejsce w wypadku innych istot żywych.
Na koniec warto zwrócić uwagę, że pamięć jest przechowywana zawsze w materialnych nośnikach, np. helisie DNA/RNA bądź ośrodkowym układzie nerwowym. Gwoli ścisłości, wszelka materia jest pamięcią ruchu odbywającego się na różnych poziomach ontycznych. Gdyby nie było aktywności (czytaj: ruchu) podmiotu/podmiotów, nie byłoby materii oraz jej wymiarów przestrzennego i czasowego. Ruch energii/informacji tworzy materię, materia zaś jest niczym innym jak pamięcią ruchu rządzoną prawami przyrody.
Myślenie
To, z czym mamy do czynienia u ożywionych bytów złożonych, takich jak zwierzęta czy ludzie, w jakiejś na poły latentnej (zalążkowej) postaci możemy spotkać już na znacznie niższych poziomach rzeczywistości (nazwijmy je roboczo poziomami bytów nieożywionymi). Tak jest m.in. z myśleniem, które w całej przyrodzie przybiera postać samoorganizowania. Wiele wskazuje na to, że potęga samoorganizacji (jak to trafnie nazywa Magdalena Żernicka-Goetz, odkrywczyni wczesnej specjalizacji komórek embrionalnych) nie jest cechą wyłącznie istot żywych, ale wszystkich bytów-systemów naturalnych (m.in. jąder atomów, atomów, związków chemicznych, kryształów i polimerów) wedle zasady: im wyższy poziom, tym większa samoorganizacja (bardziej złożona).
Nie tylko my myślimy. Myślą też m.in. zwierzęta. Nasze myślenie różni się jednak od myślenia pozostałych istot. Zwierzę postrzega świat subiektywnie (tak jakby cały świat istniał dla niego jako podmiotu), natomiast dla dojrzałej osoby ludzkiej świat może być ponadto obiektywizowanym przedmiotem (poznawania, dociekań, analizy itp.).
Do samoorganizacji (czyli myślenia lub „myślenia”) niezbędne jest rozpoznanie własnego środowiska. Robią to wszystkie byty-systemy naturalne. Już atom „wie”, z którymi atomami może się łączyć i w jakich warunkach, a z którymi nie może. Za rozpoznaniem podąża krok w krok generalizacja, czyli identyfikowanie innych bytów o pożądanych dla samoorganizującego się bytu cechach. W wypadku zwierząt bardzo prymitywnych, jak kleszcze, owym identyfikatorem może być nawet wyłącznie jedna cecha. W wypadku wyższych zwierząt bywa ich oczywiście więcej. Niemniej generalizacja prowadzi do pojawienia się pojęć, w wypadku nieludzi – pojęć obrazowych na podstawie spostrzeżeń zmysłowych, a wtórnie również wyobrażeń. Pojęcia nadal są wybiórcze, tzn. są reprezentacjami jedynie ważnych dla podmiotu cech spostrzeżeniowo-wyobrażeniowego obiektu.
Gdy nagie małpy – jak się czasami na poły żartobliwie nazywa praludzi (australopiteków, parantropów) – nauczyły się mówić, a następnie dzielić się myślami, czyli kiedy dzięki werbalnej wymianie myśli stworzył się człowiek jako Homo, później zaś jako Homo sapiens, zwierzęce pojęcia obrazowe przekształciły się w pojęcia obrazowo-słowne, w skrócie werbalne. Pojawienie się pojęć werbalnych, zrazu w mowie, potem także w piśmie, pozwoliło na ich doprecyzowywanie aż do współczesnych terminów naukowych. Dzięki temu mogło dokonać się płynne przejście od myślenia o konkretach do myślenia o abstraktach jako wybranych cechach wyodrębnionych z różnych, czasami bardzo odmiennych bytów (np. pojęcie czerwieni jako cechy kwitnących maków, owocu wiśni, czerwonego wina, krwi, ust, policzków u rozentuzjazmowanej osoby czy światła rzucanego przez zachodzące słońce).
Niemożliwe jest myślenie bez posiadania siatki pojęć, zarówno ogólnych (ssak, człowiek, mężczyzna), jak i jednostkowych (René Descartes, Taras Szewczenko). Mamy tu do czynienia z oddziaływaniem obustronnym: myślenie rozwija siatkę pojęć, a bogata siatka pojęć sprzyja myśleniu. Dla człowieka charakterystyczne są różne rodzaje myślenia obce zwierzętom: abstrakcyjne, racjonalne/logiczne, krytyczne, spekulatywne czy metaforyczne. Tymi sprawami zajmę się jednak szczegółowiej w trzecim tomie poświęconym epistemologii.
Streszczenie rozdziału 7
Dotychczas mówiłem o poziomach mentalnych (wegetatywnym, animalnym, psychicznym, intelektualno-duchowym) oraz różnych zjawiskach mentalnych, takich jak spostrzegania zmysłowe i intuicyjne, odczuwanie, wyobrażanie, myślenie, zapamiętywanie, przypominanie/wspominanie czy zapominanie. Teraz nadeszła pora, by powiedzieć kilka zdań o obszarach mentalnych, czyli o świadomości (i jej zwierzęcym odpowiedniku – protoświadomości), podświadomości oraz dalszych obszarach nieświadomości wewnętrznej i zewnętrznej.
Wraz z pojawieniem się możliwości porozumiewania się za pomocą słów i tym samym wymiany idei między ludźmi stopniowo rodziła się świadomość, a wraz z nią kultura i jej materialny odpowiednik – cywilizacja, zwane łącznie noosferą globalną. Łacińskie słowo conscientia oznacza zarówno ‘świadomość’, jak i ‘świadomość moralną’, czyli sumienie. Conscientia to dosłownie ‘wspólna wiedza’, rzec by można, wiedza zdobyta wspólnie przez wszystkich w ciągu rozwoju naszego gatunku. Dlatego szczególny rodzaj wiedzy, będącej rezultatem myślenia logicznego (racjonalnego), obiektywnego, intuicyjnego, dedukcyjnego i/lub abstrakcyjnego, mamy prawo utożsamiać ze świadomością.
Świadomość bywa różnie rozumiana: raz jako predyspozycja umysłu ludzkiego (świadomość jako cecha), innym razem jako jego aktywność (świadomość jako akt), a najczęściej jako obszar posiadanej wiedzy o rzeczywistości (świadomość jako stan). Jako predyspozycja jest ona właściwością intelektu dotyczącą krytyczno-logicznego odbioru przekazu informacyjnego, która ma za zadanie odróżnianie rzeczywistości subiektywnej (czyli świata umysłu) od rzeczywistości obiektywnej (czyli szeroko rozumianego środowiska), a ponadto dobra moralnego od zła moralnego, prawdy od fałszu, aktów wolnej woli od aktów zniewolonego umysłu, sprawiedliwości od niesprawiedliwości itd. To wszystko jest możliwe dzięki stopniowemu odkrywaniu zarówno głębi świata, jak i wspomnianych wartości. Zauważmy, że poznawanie, wiedza, uświadamianie sobie czegoś (świadomość) to właściwie synonimy.
Zdaniem kilku badaczy niektóre tzw. wyższe zwierzęta (naczelne, delfiny, słonie, wrony, papugi) mają albo „świadomość pierwotną” (ang. primary consciousness), albo pewne cechy świadomości. Zgodnie z moją definicją tego pojęcia nie jest to jeszcze świadomość, lecz de facto protoświadomość, czyli wiedza niezbędna do orientowania się w środowisku i do życia na poziomie mentalnym niższym od intelektualno-duchowego. Wielu myślicieli, od Talesa począwszy, aż po Rogera Penrose’a, doszukuje się świadomości lub jej oznak w całej rzeczywistości, stojąc na stanowisku hylozoizmu lub panpsychizmu. Moim zdaniem jest to prawidłowy kierunek myślenia, niemniej nie przypisuję wszelkiej materii cech życia ani tym bardziej świadomości, lecz głoszę wszechobecność logosu (twórczej myśli, samoorganizacji) w całym Wszechświecie.
Protoświadomość na każdym poziomie mentalnym, podobnie zresztą jak świadomość, stanowi szerokie spektrum. Ze wszystkich trzech zakresów (wegetatywnego, animalnego i psychicznego) najwyżej plasuje się protoświadomość psychiczna i to jej najbliżej do właściwej świadomości. Jej pogranicze u zwierząt wyższych zbliżające ją do świadomości – aczkolwiek bez osiągania tego poziomu ze względu na niemożność werbalizacji myśli (pojęć) – możemy nazwać przedświadomością. Protoświadomość jest też wiedzą (każda żywa istota musi mieć jakąś wiedzę na temat swojego środowiska), ale jest to wiedza powierzchowna, ograniczająca się co najwyżej do odpowiedzi na pytanie, jaki byt jest, nie zaś na pytanie o esencję bytu (czym/kim byt jest, dlaczego jest itd.). Dopiero na poziomie świadomości pojawiają się pytania o esencję, czyli o zakres wiedzy wgłębnej, charakterystycznej tylko dla człowieka – a mówiąc precyzyjniej, dla osoby świadomej. Wiedza wgłębna jest czasowo lub na stałe niedostępna dla osoby przedświadomej (osoby na wczesnym etapie rozwoju, np. niemowlęctwa) i osoby implicytnej (osoby, która trwale nie jest zdolna do życia na poziomie nous).
Za pojawieniem się świadomości kryje się emergencja, czyli wszechobecna w całej przyrodzie skłonność równorzędnych systemów naturalnych do tworzenia nadsystemu jako bytu wyższego stopnia. Przypomnę przy okazji, że emergencja odpowiada również za pojawienie się życia oraz umysłu na określonych poziomach (wegetatywnym, animalnym, psychicznym, intelektualno-duchowym), dlatego mamy prawo nazwać ją najbardziej twórczą taktyką logosu.
U podstaw emergencji znajduje się synergia (pogłębiona współpraca) systemów. Z synergią mamy do czynienia na poziomie neuronów oraz na wyższych poziomach neuronalnych – obwodów, jąder podstawy, ośrodków korowych czy półkul mózgowych. Mózg jako biologiczny substrat umysłu stanowi złożoną piramidę zbudowaną z układów nerwowych na różnych poziomach.
Świadomość będącą cechą umysłu czasami na zasadzie pars pro toto utożsamia się z nim samym. Pojawiła się ona wraz z pytaniami o esencję bytu. Początkowo zadowalano się odpowiedziami mitologicznymi, z których zrodziły się później religie. Skąd się wziął świat? Z woli jakiegoś bóstwa. Dlaczego jest ta lub inna rzecz? Bo tak zadecydował bóg/Bóg. W późniejszym okresie – a miało to miejsce kilka wieków przed naszą erą – odpowiedzi mitologiczno-religijne próbowano zastąpić odpowiedziami racjonalnymi, co dało początek filozofii. Dopiero stosunkowo niedawno – od czasów renesansu i (zwłaszcza) oświecenia – na gruncie intuicyjnych przekonań o matematyczności świata szukano odpowiedzi racjonalnych, które by znajdowały potwierdzenie w obserwacjach lub eksperymentach. To z kolei zaowocowało powstaniem nauki.
Fenomen świadomości wiąże się z odkrywaniem prawdy o świecie obiektywnym. Poznany obszar rzeczywistości to obszar, którego jesteśmy świadomi, a poznanie staramy się zbliżyć jak najbardziej do prawdy, tzn. do tego, co istnieje obiektywnie. Jednakże należy pamiętać, że świadomość wiąże się również z odkrywaniem innych wartości, np. dobra, sprawiedliwości, wolności, prawości i godności. „Rodzeństwem” świadomości są inne predyspozycje intelektu, takie jak sumienie (będące de facto świadomością ładu moralnego), wolna wola (świadomość wyboru i postępowania), rozum (świadomość logiki) czy rozsądek (świadomość istnienia świata obiektywnego). Nawet pierwotnie zwierzęce predyspozycje, takie jak zmysły, wyobraźnia, nastrój czy emocje, mogą (a nawet powinny!) być kontrolowane przez świadomy umysł.
Dzięki świadomości świat nabiera dla nas głębi. Zdajemy sobie sprawę, że skądś i dokądś idziemy, a nasza wędrówka przez życie ma sens. Stąd bierze się m.in. zainteresowanie problemem śmierci i jej konsekwencjami. Im wyższy reprezentujemy poziom świadomości, zwłaszcza moralnej i intelektualnej, tym większy nasz udział w nadawaniu celowości oraz sensu własnemu życiu.
Od czasów Zygmunda Freuda znana jest metafora świadomości jako czubka góry lodowej. Jej druga, niewidoczna, podwodna część miałaby reprezentować podświadomość, czyli lwią część informacji docierającej do umysłu ludzkiego, która albo nie trafiła do poziomu świadomości, albo trafiła tam, lecz po pewnym czasie stamtąd zniknęła w procesie zapominania. Jednakże nawet to, co zapomniane, niekoniecznie bezpowrotnie znika – po prostu zmienia miejsce z obszaru świadomego na nieświadomy. Informacja, która dociera do naszego umysłu, ma za zadanie przede wszystkim zaspokoić potrzeby wegetatywne, następnie animalne, psychiczne, a dopiero na samym końcu intelektualno-duchowe. Taka kolejność jest warunkiem sine qua non naszego przetrwania.
Jest naturalną koleją rzeczy, że część informacji w procesie zapominania przechodzi ze świadomości do podświadomości, ale bywa też odwrotnie – informacja z podświadomości ujawnia się w obszarze świadomości, np. w olśnieniu intuicyjnym, o czym więcej powiem w części epistemologicznej lazurowej idei. Tak więc przemiana informacji dla nas latentnej w rzeczywistą i vice versa zdarza się całkiem nierzadko.
Podświadomość stanowi zaledwie część rozległej krainy zwanej nieświadomością. Każdy poziom umysłu ma swoją „świadomość”. Patrząc z naszej strony, od strony noosfery, są to kolejno: podświadomość i nieświadomość psychiczna, nieświadomość animalna, nieświadomość wegetatywna i nieświadomość wegetabilna, czyli głęboka nieświadomość organiczna, np. dotycząca procesów zachodzących w komórkach i tkankach. To obszary naszego umysłu, a nawet szerzej – organizmu. Niemniej oprócz nieświadomości wewnętrznej (wewnątrzumysłowej i wewnątrzorganicznej) istnieje też otaczający nas ocean nieświadomości zewnętrznej, tzn. to wszystko, co nie dotarło ani do naszego umysłu na dowolnym poziomie, ani do organizmu. Mamy jednak narzędzia (m.in. intuicję, zmysły, rozum i rozsądek), by stopniowo czerpać informację z rzeczonego oceanu. Niestety dysponujemy też środkami, które nam to utrudniają. Mowa tu o złej woli, sprzęgniętej zazwyczaj z niedostatecznie rozwiniętymi predyspozycjami intelektualnymi.
Wraz ze wzrostem świadomości osobniczej otwiera się też powoli przed nami transświadomość, obszar świadomości dostępny całemu gatunkowi Homo sapiens.
Streszczenie rozdziału 8
Najogólniej wszystkie byty (rzeczy), które gdziekolwiek istnieją, można by podzielić na byty-systemy naturalne i pozostałe byty. Te pierwsze mogą samodzielnie się rozwijać, to znaczy organizować się, natomiast te drugie „samodzielnie” mogą się jedynie rozpadać. Samotworzenie (= samoorganizacja) jest wpisana w naturę wszelkich systemów naturalnych, zwłaszcza tych ożywionych, jakimi są komórka, tkanka, organ, organizm, cała istota żywa (np. osoba ludzka) czy populacja.
Niemniej każdemu rozwojowi towarzyszy rozpad. Jest to zjawisko jak najbardziej naturalne, rozwój polega bowiem na ustawicznym naruszaniu status quo, co sprowadza się do zanikania starego (dotychczasowych struktur), a pojawiania się nowego (nowych struktur).
My, ludzie, rozwijamy się pod różnymi względami: fizycznym, emocjonalnym, uczuciowym, psychicznym, społecznym, zawodowym, intelektualno-duchowym itd. Mimo nasilania się wraz z wiekiem procesów degeneracyjnych – do końca życia rozwija się nasze ciało (m.in. powstają nowe komórki, łącznie z nerwowymi). Również nasz umysł powinien się rozwijać do ostatnich dni. Szczególnie ważny dla bycia człowiekiem jest rozwój na poziomach noosfery i psychosfery, a więc rozwój intelektualny (poznawczy), moralny, estetyczny, światopoglądowy, uczuciowy i społeczny. Każdy z nich jest dla nas istotny, ale najistotniejszy wydaje się rozwój moralny, ponieważ to on ostatecznie zadecyduje o naszym być albo nie być i o naszej przyszłości jako gatunku.
Efektem rozwoju jest wzrost (supremacja rozwoju nad rozpadem) istoty żywej, tymczasem efektem wzrostu – dojrzałość, będąca de facto zawsze dojrzałością-w-budowie. Oznacza to, że jest ona prawie docelowym etapem w rozwoju tej istoty, niemniej owa docelowość powinna mieć charakter dynamiczny (tj. nadal się rozwijać). Dlatego można by rzec, że dojrzałość to stan co najwyżej na dzisiaj, jutro natomiast powinien być on zastąpiony przez „dojrzalszą dojrzałość”. Dotyczy to zwłaszcza naszego intelektu, w tym takich jego predyspozycji, jak sumienie, postawa wolitywno-emocjonalna, racjonalność, świadomość czy inteligencja. Zauważmy przy okazji, że dojrzałość to z jednej strony synonim człowieczeństwa, z drugiej zaś jego cel. Tak, celem naszego życia jest pełnia człowieczeństwa, celem człowieczeństwa – dojrzałość, która jest wciąż w budowie, twórcza, ewoluująca.
Każdy rozwój wiąże się z wysiłkiem, czyli z pewną pracą do wykonania. A to pociąga za sobą zużycie energii, którą i nasz organizm, i nasz umysł starają się oszczędnie gospodarować. Z tego powodu mamy naturalną skłonność do unikania trudu. Na ogół nie przepadamy za wysiłkiem, dopóki nie zrozumiemy, jak bardzo jest on ważny dla naszego rozwoju. Na szczęście oprócz naturalnej skłonności do oszczędzania własnej energii (trzeba uważać, by nie przerodziła się ona w lenistwo) mamy też wolną wolę, ważną predyspozycję umysłu, pozwalającą nam przezwyciężać postawę nie chce mi się.
Rozwój powinien być wszechstronny, holistyczny, to znaczy nie ograniczać się wyłącznie do jednego obszaru. Szczególnie groźna jest sytuacja, gdy zabraknie miejsca na rozwój moralny.
Jak już wiemy, oprócz rozwoju właściwością każdego bytu-systemu (a także bytu-niesystemu) jest rozpad. Zaczyna się on w organizmie już na poziomie komórkowym – można mówić o jego dwóch rodzajach: rozpadzie niezaplanowanym, posiadającym zewnętrzną przyczynę (np. skaleczenie), zwanym nekrozą, oraz rozpadzie zaplanowanym, wpisanym w wewnętrzne procesy biologiczne, a zwanym apoptozą. Dzięki apoptozie usuwane są z organizmu (lub wykorzystywane do dalszych procesów życiowych) komórki zainfekowane, rakotwórcze i już wyeksploatowane. Na szczęście obok obumierania miliardów komórek codziennie powstaje mniej więcej tyle samo nowych.
Umysł może wspierać diadę rozwój–rozpad lub opóźniać tak rozwój, jak rozpad. W wypadku naszego gatunku decydującą predyspozycją prorozwojową jest wolna wola. Jeśli jest ona nie tylko wolna, ale i silna, i dobra, tworzą się bardzo korzystne warunki do rozwoju. Dlatego powinniśmy nieustannie dążyć do wypracowania woli – tak u nas samych, jak u innych, zwłaszcza naszych podopiecznych – o wspomnianych cechach.
Do rozpadu na poziomie wegetatywnym przyczynia się niezdrowy tryb życia: używki, złe nawyki, niewłaściwa dieta, przejadanie się, brak ruchu, lekomania, a także zanieczyszczenia środowiska odbijające się na jakości pokarmów, wody i wdychanego powietrza. Na poziomie animy najbardziej nam szkodzą przewlekły stres, emocje negatywne wykraczające poza pierwotne funkcje obronne oraz sztywne programy behawioralne, charakterystyczne zwłaszcza dla osób nieskłonnych, aby się rozwijać. Na poziomie psyche – wszelkie aberracje społeczne i uczuciowe. Rozpad wiąże się z zaburzeniami i chorobami od somatycznych po psychiczne.
Ze wszystkich chorób najbardziej zaraźliwe są choroby ducha, które niszczą nas samych, naszych najbliższych, sąsiadów, rodzaj ludzki, a pośrednio całą naszą planetę. Wynikają one z nieprawidłowości w funkcjonowaniu naszego umysłu na poziomie nous. Zaliczamy do nich m.in. nienawiść, agresję, okrucieństwo, zazdrość, zawiść, chciwość, pogardę, butę, hipokryzję, zemstę, nieuczciwość, sadyzm, krytykanctwo, kłamstwo, fanatyzm, oszustwo, narzekanie, prokrastynację, lenistwo, znieczulicę, zawinioną ignorancję, a także paranoję, bardzo poważną chorobę z pogranicza zaburzonych psyche i nous. Jedne z tych chorób wiążą się z niezdrową emocjonalnością, inne z wypaczonym sumieniem, irracjonalnością i/lub złą wolą. Wszelkie zaburzenia i choroby, a w szczególności choroby duchowe, blokują nasz umysł, nie pozwalając mu się otworzyć na to, co dobre, zdrowe, pożądane, prorozwojowe. Blokada umysłu polega na zamknięciu się na informację, która powinna do nas dotrzeć. Tym, co „w sposób naturalny” blokuje umysł na różnych poziomach (a więc nie tylko na poziomie nous), jest emocjonalność negatywna – od długotrwałego nieprzyjemnego nastroju, przez negatywne emocje i uczucia, aż do destruktywnej postawy wolitywno-emocjonalnej.
Streszczenie rozdziału 9
Tym, co nas różni od zwierząt i czyni ludźmi, jest czwarty poziom umysłu – intelekt z ekwipunkiem wyłącznie ludzkich cech, takich jak świadomość, wolna wola, intuicja, rozum posługujący się logiką, dążący do obiektywizmu rozsądek, dojrzałe sumienie czy postawa wolitywno-emocjonalna. To on odkrył takie wartości, jak dobro, harmonia, piękno, empatia, racjonalność, prawda, wolność, sprawiedliwość, uczciwość i godność. Stworzył i nadal tworzy zarówno noosferę globalną, czyli dorobek cywilizacyjno-kulturowy kilkunastu tysięcy ludzkich pokoleń rozsianych po całym świecie, jak i naszą własną noosferę personalną, obficie czerpiącą z tej globalnej i w rezultacie ją zasilającą. Głównie dzięki intelektowi (nous) współtworzącemu wraz ze środowiskiem (a więc także z noosferą globalną) naszą osobę, korzystającemu również z zasobów pozostałych trzech poziomów mentalnych, mamy naszą osobowość.
To, jacy jesteśmy i kim jesteśmy, zawdzięczany przede wszystkim własnemu umysłowi (czyli sobie!), który przez miliony lat sam się organizował, wykorzystując w tym celu zewnętrzne i wewnątrzorganiczne środowisko. Fizycznie byliśmy słabsi niż inne drapieżniki, dlatego zostaliśmy zmuszeni do rekompensowania sobie naszej słabości przymiotami umysłu, zrazu zwierzęcego (priorytet wzroku i słuchu, wyższa inteligencja, większa wyobraźnia), a później także ludzkiego (predyspozycje intelektualne). Wskutek coraz to większego rozkwitu mentalnego środowiska wzrosła nasza ciekawość świata, kognitywność (zdolność poznawania rzeczywistości) oraz innowacyjność. Dzięki świeżo nabytym umiejętnościom posługiwania się zwerbalizowanym językiem oraz możliwej już teraz wymianie myśli, idei i pomysłów, a także dzięki współpracy na szerszą skalę, w postępie niemal geometrycznym wzrastała nasza kreatywność na różnych polach. Zaczęliśmy najpierw tworzyć obiekty praktyczne, takie jak narzędzia, ubrania czy siedziby, a później również te „niepraktyczne”, ponadprogramowe, pozornie redundantne, będące dziełem wyobraźni i innych coraz bardziej ludzkich predyspozycji mentalnych. W ten sposób zapoczątkowaliśmy sztukę (malowidła naskalne, rzeźbę, zdobnictwo, biżuterię, gawędziarstwo) oraz religię jako odpowiedzi na odkrywanie głębszych poziomów rzeczywistości, wcześniej nam nieznanych.
W trakcie rozwoju intelektualno-duchowego pojawiła się świadomość jako umiejętność odróżniania wartości pożądanych od niepożądanych, np. dobra od zła, prawdy od fałszu, harmonii od chaosu, sprawiedliwości od niesprawiedliwości, wolności od zniewolenia, a nade wszystko odróżniania świata wewnętrznego od zewnętrznego. Matką wszystkich wartości wydaje się dobro (w naszym wypadku – dobro moralne). Samo odkrycie dobra to za mało, aby być człowiekiem. Dopiero aktywne czynienie dobra, jakim jest permanentny rozwój pozytywnych uczuć (miłości, przyjaźni, braterstwa), świadczy o naszym człowieczeństwie. Dlatego tak ważny dla nas i dla przyszłości naszego gatunku jest rozwój moralny, a właściwie moralny i duchowy.
Kolejnym czynnikiem, który stanowi o naszym byciu kimś-więcej, jest światopogląd jako zespół przekonań tudzież wyobrażeń na temat rzeczywistości ukształtowanych przy znaczącym udziale emocji. Będąc de facto komponentem umysłu ludzkiego, może być on taki jak sam umysł – znajdować się w ciągłym rozwoju (światopogląd ewoluujący) lub pozostawać mentalną skamieliną (światopogląd skamieniały). W każdym światopoglądzie najważniejsze są odpowiedzi na tzw. pytania egzystencjalne ABC, gdzie A stanowią pytania o Boga, B – pytania o człowieka, natomiast C – o świat. Na odpowiedziach na pytania dotyczące Boga, nierzadko silnie nacechowanych emocjonalnie, a w dalszej kolejności na rozstrzygnięciach pytań o człowieka i świat, zbudowany jest światopogląd każdego z nas, którego jesteśmy gotowi bronić jak najważniejszych wartości. Dzieje się tak dlatego, że światopogląd jest zespołem naszych myśli, częścią naszego umysłu, a więc na dobrą sprawę – nas samych.
Jesteśmy myślą, która uczestniczy w ejdetycznym wymiarze rzeczywistości, „częstując się” owym wymiarem, jak częstujemy się potrawą ze wspólnej miski, a jednocześnie stanowiąc jego nierozłączną część (David Bohm). Jesteśmy jedną z wielu lokalnych całości, bytem-systemem, który do pewnego stopnia stanowi odbicie Wszechbytu jako holistyczno-emergentnej Całości, będącej najwyższym systemem, systemem systemów.
Celem naszego życia powinno być sięganie coraz wyżej, a więc rozwój, najlepiej wszechstronny. To zaś oznacza ciągłą reorganizację umysłu, samotworzenie własnej osoby, samoorganizację charakterystyczną nie tylko dla nas, ale też dla całej rzeczywistości. O wiele łatwiej nam współtworzyć samych siebie na poziomie intelektu, gdy postępujemy godnie, innymi słowy – gdy dbamy o naszą i cudzą godność, ona to bowiem stoi na straży człowieczeństwa. Godność, dojrzałość i człowieczeństwo – to cechy sprzęgnięte ze sobą. Nie ma godności bez trudu rozwoju, nie ma bez owego trudu dojrzałej osobowości, dojrzałego sumienia, dojrzałej emocjonalności i tak dalej. Bez wysiłku nie ma człowieczeństwa.
Wraz z osiągnięciem wyższego poziomu mentalnego przez gatunek lub osobnika otwierają się przed nimi nie tylko nowe perspektywy rozwojowe, lecz także większe możliwości destrukcji tak samych siebie, jak własnego środowiska. Każdy kij ma dwa końce. Zamiast dobrej woli może się pojawić zła wola, w miejsce twórczej postawy – postawa destruktywna. To, co szkodliwe dla wszystkich, nie wyłączając nas samych (albo przede wszystkim dla nas samych!), nazwałem wcześniej chorobami ducha. Niektóre z tych zachowań i cech (np. agresja) są znane także światu zwierząt, niemniej u zwierząt trwają one tak długo, jak długo zachodzi potrzeba samoobrony, ochrony potomstwa, zdobycia pokarmu lub samicy/samca. My potrafimy wydłużać złość, nienawiść bądź lęk ponad normę, to znaczy poza czas trwania potrzeby, albo wręcz katapultować je – zupełnie niepotrzebnie – w przyszłość. Umiemy, dajmy na to, lękać się czegoś, co nigdy nie nastąpi lub co nam nie zagraża, lub nawet bać się nieistniejących bytów, takich jak piekło czy szatan. Wszelkie choroby duchowe wynikają z niedojrzałości. Z niedojrzałości intelektualno-moralnej wyrastają m.in. fanatyzmy (religijny, ideologiczny, narodowy, rasowy, kastowy itd.). Lekarstwem na te choroby jest rozwój, najlepiej holistyczny (całościowy), a nade wszystko moralny. Na niewiele jednak zda się rozwój jednostki (lokalnej całości), jeśli wraz z nią nie będzie się rozwijało środowisko, a więc różne szersze lokalne całości – od naszych najbliższych z rodziny i innych wspólnot aż po całą planetę z różnorodnością jej ekosystemów.
Streszczenie rozdziału 10
Od zawsze nurtowała człowieka myśl, co stanie się z nim po śmierci. Czy istnieje jakaś forma dalszej egzystencji? Jeśli tak, to jaka? Odpowiedzi na te pytania udzielały najchętniej różne religie, ale ich „wiedza objawiona” – przynajmniej tak było w wypadku religii Abrahamowych – z reguły ograniczała się do straszenia karami i do obietnic życia wiecznego dla spotulniałych.
Życie jest zjawiskiem biologicznym, co oznacza, że nie istnieje ono poza systemami biologicznymi, takimi jak organizmy bądź komórki (które też są de facto miniorganizmami). Po śmierci osobnika rozpadają się wszelkie biosystemy tworzące żywą istotę. Dotyczy to również ludzi, bowiem każdy z nas, jak wszystkie byty, miał swój początek i będzie mieć koniec. Gdy rozpada się forma bytu, wraz z nią rozpada się również ejdos, który ją tworzy(ł). Takie są nieubłagane prawa przyrody. Niemniej pragnienie nieśmiertelności, jak się wydaje, na dobre zagnieździło się w ludzkim umyśle. Skoro nieśmiertelność wątpliwą oferują nam religie, to może nauka zaproponuje ciekawsze wizje przyszłości? Z tej nadziei bierze się wysyp różnych naukowych i pseudonaukowych pomysłów, od bioinżynierii, która miałaby poprawić nasz genotyp, aż po wcielenia jeden do jednego mózgu zeskanowanego w jakimś komputerowo-elektronicznym systemie. Moim zdaniem to kolejne mrzonki. Czy w takim razie idea dalszej ludzkiej egzystencji w innej postaci w ogóle nie ma racji bytu? A może takim rozwiązaniem jest reinkarnacja? Jej przykładem mógłby być duch Galileusza wcielony w Newtona. To mało prawdopodobne, ale warto byłoby się przyjrzeć również takim możliwościom, zamiast je odrzucać a priori.
Wiele przemawia za tym, że nasza personalna nieśmiertelność sprowadza się do jednego – wzbogacania noosfery. Kto czyni dobro, kto pracuje nad poznawaniem prawdy, kto innych uszczęśliwia (nie zapominając też o sobie), ten nie powinien obawiać się śmierci, bez względu na to co dalej. Jego czyny otwierają mu bowiem bramy do nieśmiertelności – imiennej czy bezimiennej, to już sprawa mniej istotna. O wiele więc mądrzej postępują ci, którzy zamiast martwić się o przyszłe życie w wydumanych zaświatach, troszczą się o jakość obecnego, jedynego realnego. A co – powtórzę za głównym bohaterem mojej opowieści – jeśli nasz umysł, będąc częścią, na zawsze stanie się częścią umysłu Wszechbytu, cokolwiek ta metafora znaczy?
Takie podejście rodzi kolejne pytanie: co dalej z nami, co z ludzkością? Dokąd zmierzamy jako gatunek?
Zanim zacznę szukać odpowiedzi na to pytanie, powiem, że trzeba sobie uświadomić, do jakiego stopnia przyszłość jest przewidywalna. Wszystkie zjawiska, które mają miejsce w przyrodzie nieożywionej, można podzielić na zachodzące cyklicznie bądź losowo. To, co cykliczne, jest w zasadzie przewidywalne, o ile coś nie zakłóci cykliczności (powtarzalności). Również zjawiska losowe jesteśmy w stanie „przewidywać” na podstawie praw statystyki, które sugerują nam, jak często coś się zdarza. Sprawa jest bardziej skomplikowana w wypadku przyrody ożywionej, gdzie mamy do czynienia z wolą. Istoty żywe nie muszą postępować racjonalnie ani zgodnie z przewidywaniami. Tu irracjonalne zachowania, przejawiające się m.in. w szkodzeniu samemu sobie, spotyka się obok tych właściwych, pożądanych. Przewidywalność przyszłych wydarzeń maleje jeszcze bardziej w odniesieniu do naszych zachowań, gdzie mamy do czynienia z wolną wolą, która może się przejawiać rozmaicie, od dobrej woli aż po skłonności zdecydowanie destruktywne, stwarzając tym samym przestrzeń ludzkiej wolności.
Nie sposób jednak żyć bez wizji przyszłości, nawet gdyby to wyobrażenie okazało się jedną wielką pomyłką. Zawsze jesteśmy w drodze do przyszłości, w pewnym sensie żyjemy dla niej, więc powinniśmy „wiedzieć”, dokąd zmierzamy, a przynajmniej znać kierunek naszych dążeń. Nagromadzone arsenały broni jądrowej oraz krótkowzroczność wielu polityków i społeczeństw nie napawają optymizmem. Widmo ogólnoświatowego konfliktu niestety nie odeszło wraz z zimną wojną do przeszłości. Kolejną niepokojącą rzeczą jest coraz to większa łatwość w zdobyciu broni masowego rażenia. Niewykluczone, że pewnego dnia zdecydowani na wszystko ekstremiści mogą ją posiąść i zapoczątkować łańcuch militarnych konfliktów, który mógłby doprowadzić do totalnej wojny. Inne niebezpieczeństwo grozi nam z powodu zmian klimatycznych, które mogą poskutkować globalnym chaosem, jak również problemami i sprzecznymi interesami na różnych płaszczyznach.
Jedno wydaje się pewne: nie czeka nas pomyślna przyszłość, jeśli nie będziemy pracować nad sobą i nie zaczniemy powoli się zmieniać in plus. Ogromną dla nas szansą jest ogólnoludzki rozwój intelektualno-duchowy z moralnym na czele. Jedni mniej, inni bardziej, ale niestety my wszyscy pozamykaliśmy się w mentalnych gettach, dzieląc świat na „swoich” i „obcych”, co niezwykle utrudnia współpracę, ta natomiast jest warunkiem naszego dalszego istnienia pod wspólnym niebem. Odrzucenie wszelkich dogmatów (nie tylko religijnych!) i odejście od bezkrytycznego zawierzenia autorytetom pozwoli nam na wyzbycie się blokad umysłu zniewolonego chorobami duchowymi, takimi jak nienawiść, zazdrość, zemsta czy buta. Do pozytywnych zmian mogą doprowadzić programy wychowawcze skierowane do wszystkich ludzi bez względu na wiek.
Jeśli mamy przetrwać, musimy ze sobą współpracować na globalną skalę. Trzeba doprowadzić do synergii ludzkiego ducha, a następnie do jego integracji. Oba te etapy rozwojowe mogą wieść do emergencji rodzaju ludzkiego, po której rozpocznie się nowa era nie tylko w życiu naszym, lecz także całej błękitnej planety. Ów koniec dotychczasowego gatunku Homo sapiens może być początkiem nowego – Homo angelus.
[1] Informacja humoralna (tj. płynna) „rozlewała się” po całym organizmie, dlatego na tym etapie nie były to jeszcze ścieżki informacyjne charakterystyczne dla późniejszego układu nerwowego. Przy okazji uwaga: nie wszystkie rozlewiska humoralne zostały zastąpione ścieżkami neuronalnymi.
[2] Oczywiście nie dotyczy to tylko naszego umysłu, a odbicie nie musi być koniecznie wierne.
[3] Początkowo o wyborze decydują nasi rodzice, opiekunowie, nauczyciele, rówieśnicy itd.; dopiero wraz z rozwojem coraz bardziej my sami.

